Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że czytałem dwukrotnie książkę J.R.R. Tolkiena i wiedziałem co mnie czeka, gdy kroczyłem do kina w dniu premiery. A byłem nastawiony bardzo pozytywnie. "Niezwykła Podróż" urzekła mnie swoim baśniowym klimatem, który wprowadził mnie w historię Bilbo Bagginsa i jego przyjaciół. W "Pustkowiu Smauga" natomiast zostałem zaciekawiony różnymi wątkami pobocznymi, które wręcz prosiły się o odniesienie do Władcy Pierścieni. No i nadszedł ostatni akt - wojna.
W zasadzie wszystko powoli się układało i tak mniej więcej do połowy filmu byłem naprawdę zadowolony, ale nagle zaczęły się pojawiać rzeczy, które totalnie mi nie pasowały. Z jednego wątku przeskakiwaliśmy na kolejny, pozostawiając tamten bez zamknięcia. Tak jakby Jacksonowi nagle przypomniało się, że wypadałoby się zmieścić w 150 minutach. Film znacznie przyspieszył, dalej irytowały wątki romansu Tauriel i Kiliego oraz rodziny Barda, a Orkowie padali jeden po drugim, okazując się, że jedynymi potrafiącymi walczyć jest Azog i Bolg. Myślę, że znów przesadzono z bohaterskimi czynami Legolasa,.. Zginął ten kto miał zginąć (bez spojlerów) i jeśli chodzi o same momenty śmierci nie miałem się do czego przyczepić. I gdy miałem już nadzieję, że wrócimy do scen walk, ujrzymy jak dobro pokonuje zło, a tu nagle Bilbo wkracza do Shire i film się kończy. Jedno wielkie LOL. Jak dla mnie za dużo wątków zostało pozostawionych bez odpowiedzi.
Same efekty specjalne i klimat filmu na +, więc moja ocena 7/10.