10/10 jeden z lepszych filmów w historii kina

Film o dużym ładunku emocjonalnym przedstawiony w niezwykłej formie. Oczywiście nie dla wszystkich. Docenić go mogą osoby bardzo wrażliwe a nie pokolenie wychowne na chipsach i reklamówkach. Najbardziej przemawia do tych, którzy stracili bliską sercu osobę (obojętnie czy to matka, ojciec, mąż, dziewczyna lub dziecko). Nawet ateista chciałby w takich chwilach wierzyć, że nie jest to kres naszego życia i jeszcze jest nadzieja ujrzenia ukochanej osoby. Wierzącym jest łatwiej bo stanowi to aksjomat.
W filmie jest to pięknie i mądrze pokazane z wieloma trafnymi spostrzeżeniami tylko trzeba to dostrzec. Jeśli obraz ten nie przemówi do takiego widza przez pierwsze pół godziny nie powinien się dalej męczyć. To może przekraczać u niektórych pewien poziom percepcji. Innym polecam.

35
  • Dziękuję za pełną, merytoryczną wypowiedź ... Percepcja związana z wyobraźnią, czy inteligencją ? O co chodzi z tymi chipsami, reklamówkami i dostrzeżonymi spostrzeżeniami ? ... bo moje percepcje nie ogarniają ...

  • święte słowa i do tego te efekty specjalne malowane pędzlem . Ten film najlepiej sie ogląda w jakości HD

  • Cudowny film,oglądałam go kilka razy i za każdym razem wzrusza.

  • Film ogladalam jakies 17 lat temu... nie moglam sie oderwać. Pamiętam jak w trakcie filmu pobieglam do pokoju siostry, aby jej powiedzieć zeby szybko przelaczyla kanal bo super film leci...☺ spotkalysmy sie w korytarzu bo ona biegla do mnie z tą sama propozycja ☺ Film piękny. Plakalam jak bóbr.

  • A Ty oczywiście masz się za tego wybranego, wrażliwego, wychowanego nie na chipsach i reklamówkach, i dostrzegasz wszystkie trafne spostrzeżenia. Tak się wypowiada albo 13 letnie dziecko albo osoba niezbyt bystra i mocno w sobie zadufana.
    Także ten, kto je chipsy i wychował się na reklamówkach może spokojnie ten film ogarnąć, bo nie jest to film wymagający szczególnego intelektu, bystrości i wiedzy. Przemawia do uczuć i jest prostym filmem o miłości. Nie trzeba tu wiele rozumieć (i się męczyć). Mam nadzieję, że moja wypowiedz nie przekracza pewnego poziomu percepcji (tylko Ty wiesz, co masz na myśli). Więcej samokrytycyzmu. Zawsze znajdzie się ktoś, kto może Ciebie słusznie wydrwić.
    Pozdrawiam

    • Zrozumiałem wypowiedz CES7 i wnioskuje iż miał na myśli ze film jest nie dla "galerianek" lub pustoumysłów.Ten lekki atak z twojej strony jest nie fair.Na zakończenie mojej wypowiedzi chcialbym zauważyć ze to jeden z nielicznych filmów o odzyskiwaniu.Ale to skumają tylko osoby nie wychowane na chipsach i reklamówkach.

      • Ne, to skuma każdy, kto w miare przytomnie obejrzy film. To nie jest film odwołujący się do umysłu czy inteligencji, poziomu wykształcenia, ani tego, co kto jadł lub nie jadł.

      • Nie przesadzajmy. Film wielki wizualnie, nie nużący przez minutę ujmujący jak gra Robina Williamsa i... pozostawiający na powierzchni łatwych wzruszeń, dokładnie jak wieczna i nieodmienna jedna rola tego aktora we wszystkich filmach (wyjątkiem film, w którym grał psychopatycznego mordercę, zapomniałem tytułu).
        Generalnie odnoszę wrażenie, że tak dużo pary poszło w poprzedzające sceny, że sam finał jest dość skrótowy i mało wiarygodny. Natomiast cukierkowość ostatnich scen trochę wręcz mdli. Zwycięża rodzina, nikt już nie chce być czarnym czy Azjatą (zastanawiające są te transgresje rasowe u wszystkich postaci, poza główną parą). Trochę drażni też fakt, że bohaterka jest w atrakcyjnym makijażu i seksownej bieliźnie nawet chwilę przed samobójstwem i w piekle (natomiast wiarygodna jest w scenie w szpitalu psychiatrycznym). Czy na samym dnie obłąkania nie powinna przybrać wyglądu odrażającego potępieńca?
        Wyczuwalna jest też chęć pogodzenia wszystkich religii - niebo i piekło są i chrześcijańskie, i buddyjskie, i deistyczne.
        Mimo wszystko lubię - scenografia jest wielka, biblioteka (mauzoleum Newtona), piekło z wizji Dorego czy niego impresjonistów. Dobra gra aktorów (w większości), no i tyle nadziei... choć ja chyba wolę coś bardziej mrocznego.

        • Nie wnikam w twój gust filmowy ,preferujesz coś bardziej mrocznego. Ok. Ale wyobraź sobie ze ten film ogląda tępy "dres". Jaka będzie jego reakcja ? Przewiduje niezrozumienie totalne.Myślę ze właśnie o to chodziło CES7.

          • Oczywiście. Film w moim odczuciu łączy elementy kina autorskiego, poetyckiego i wysmakowanego wizualnie, z kinem poniekąd familijnym, unikającym przesadnych wstrząsów, niedomówień i otartych pytań, w ostatecznym rozrachunku zawsze optymistycznym i gloryfikującym życie.
            Może być zbyt trudnym dla niewymagającego widza (ale "dresów" spotkałem wielu bardzo mądrych), ale z drugiej strony za łatwym np. dla wielbicieli Petera Weira, Greenawaya czy Felliniego (by wziąć tych bardzo wizyjnych).
            Moje największe rozczarowania:
            Ostatnia decyzja bohaterów, by natychmiast po poukładaniu sobie jakoś pośmiertnego życia, powrócić na ziemię (po wszystkich wcześniejszych tragediach) wydaje mi się już przesadnie "na siłę", dla optymistycznego zakończenia. Każdy chyba pożyłby choć trochę w wymarzonym (dosłownie) domu. Poza tym, decyzja o sprowadzaniu tam kolejnych dzieci, co stworzyłoby już jakiś rajski patchwork, dość dziwaczna.
            W ogóle ludzie przynoszą tu do raju zbyt wiele ziemskich przypadłości, są właściwie nadal ludźmi, tylko o większych możliwościach. Sugerowałoby to jakiś rodzaj totalnej samotności - w twierdzy swych urojeń, które przecież dosłownie przeżywają także szaleńcy na ziemi - stąd dość dziwne ucieczki reżysera w dywagacje, że niektórzy (gł. bohater) decydują o swoim świecie sami, inni (jak jego córka) współtworzą całe miasta, które są niby efektem wspólnych wyobrażeń (ale wiernie naśladują jej szopkę znad dziecięcego łóżeczka). To, czy ludzie są w takich zaświatach szczęśliwi, czy też w sytuacji poniekąd jakiegoś (łagodniejszego) Matrixa (czy też skrzyń prof. Corcorana z Lema), także wydaje się kwestią problematyczną.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: