Fabularny majstersztyk

Ścibór-Rylski kolejny raz potwierdził, że jego scenariusz nie daje widzowi szans na nudę. Intryga goni intrygę, cień podejrzeń pada na coraz to nowych bohaterów, a w kolejnych minutach filmu meandry fabuły zataczają coraz większe łuki. To zdumiewające jak łatwo człowiek daje się wodzić za nos, bo przyznaję, że kompletnie nie miałem pojęcia kto jest mordercą, a tym bardziej nie spodziewałem się, że był on na wyciągnięcie ręki. Bardzo barwną postacią w filmie okazał się Klimczuk w wykonaniu Józefa Narbelczaka. Ten charakterystyczny sygnał ostrzegawczy i legitymowanie się dwunastokrotnym mistrzostwem okręgowym w strzeleniu budzą respekt. Nie wspominając o kolekcji hełmów esesmańskich z dokładnymi datami egzekucji.

Jak na tamte czasy film realizacyjnie wypadł bardzo świeżo. Muzyka z czołówki niepokojąca, ze skradającym się tematem kontrabasu, z przeszywającymi akcentami sekcji trąbek. Bardzo dobrze oddaje ducha kryminału. Mocny fragment kiedy akcja przenosi się do mieszkania Natalii. Najzwyklejsza w świecie czynność – wejście po schodach do mieszkania, a niosła ze sobą tyle napięcia.

Myślę, że współczesna wersja tego filmu, w dodatku wyreżyserowana przez jakiegoś amerykańskiego filmowego guru byłaby kinowym nokautem. Ludzie zachwycaliby się spójnością fabuły, podkreślaliby suspensy i rozsupłanie intrygi w ostatniej scenie filmu. Klimczuk stałby się ikoną, a scena z granatem uznana zostałaby za jedną z najbardziej dramatycznych scen w historii kina. Dzisiaj wielu ludzi uważa, że mistrzami w pisaniu scenariuszy są Amerykanie. Ja natomiast dodam: zaraz po Polakach. Niestety, tylko tych z dawnych czarno-białych lat.

Film polecam.

9

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię