Noc

La notte

1961 2 godz. 2 min.
7,7 4 806
ocen
7,7 10 4806
12 954
chce zobaczyć
7,8 6
ocen krytyków
{"rate":7.8333335,"count":6}
{"type":"film","id":33488,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/La+notte-1961-33488/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Noc
  • Arvanity ocenił(a) ten film na: 9

    Pisanie o twórczości Michelangelo Antonioniego jest trochę jak błądzenie we mgle. Wprawdzie grunt pod stopami wyraźnie jest wyczuwalny, dzięki czemu stosunkowo szybko widz może odnaleźć myśl przewodnią danego filmu, natomiast jak to najczęściej bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Włoski reżyser jest bowiem mistrzem niuansu, subtelnego portretowania bohaterów, jak również wrzucania do scenariusza scen pozornie błahych, pomagających niekiedy dokonać znacznie głębszej interpretacji dzieła aniżeli można byłoby to uczynić przy pomocy słów wypowiadanych przez bohaterów, które według Antonioniego nie mają raczej większego znaczenia, gdyż nie niosą za sobą jakichkolwiek konsekwencji. Z pozoru te filmy wydają się być bardzo hermetyczne, aczkolwiek przy oglądaniu ich w porządku chronologicznym okazuje się, że wciąż powtarzają się te same motywy czy symbole.

    "Noc" jest szczególnym filmem w dorobku Antonioniego i nie chodzi oczywiście tutaj o nagrody, jakie przyniósł. Jest to bowiem druga część trylogii (moim zdaniem tetralogii) dokonująca szalenie wnikliwej wiwisekcji kobiecej psychiki oraz zmian zachodzących w relacjach damsko-męskich w obliczu postępu technologicznego. W "Nocy" następuje pewne przesilenie, sytuacja graniczna, która z jednej strony jest uzupełnieniem wcześniejszej "Przygody" (mimo że te filmy nie nawiązują do siebie w żaden sposób pod kątem fabularnym), z drugiej wprowadza do kolejnego dzieła, w którym przedstawiony jest już krajobraz po katastrofie. To film o niemożności porozumienia wynikającej wprost z różnic pomiędzy płciami, na które dodatkowo nakłada się jeszcze współczesne wypchnięcie aksjologii poza krąg życia.

    Historia małżeństwa Lidii (Jeanne Moreau) oraz Giovanniego (Marcelo Mastroianni) niczym nie zaskakuje. Ot, kolejna opowieść o dotkniętej nudą oraz szarzyzną dnia codziennego parze poszukującej uciech poza związkiem, mających na celu zagłuszyć świadomość upływającego czasu oraz zaspokojenie potrzeby poczucia bliskości. Jak to zawsze bywa, rozmowy przez nich prowadzone to ciągłe uniki oraz niedomówienia mające ukryć pustkę oraz rozgoryczenie kiełkujące w ich sercach.

    Nie do końca jednak warto zwracać uwagę na fabułę w filmie Antonioniego. Owszem, to dzięki następującym wydarzeniom można ujrzeć bohaterów w kolejnych sytuacjach, natomiast od czynów czy słów znacznie ważniejsze są dla reżysera warunki panujące wewnątrz człowieka, próba uchwycenia jego pejzażu wewnętrznego, toteż należy baczniejszą uwagę skupiać na kadry oraz przedmioty znajdujące się w pobliżu portretowanej osoby.

    I tak największą uwagę oko kamery skupia na postaci granej przez Jeanne Moreau. To w jej wnętrzu dokonuje się bowiem największe spustoszenie. Opuszczona, nierozumiana przez męża do pewnego momentu ciągle próbuje go do siebie przyciągać, kokietować, kierując w jego stronę dwuznaczne aluzje. Potrzebuje po prostu mężczyzny, o czym dobitnie świadczy spacer po wizycie w szpitalu u jej przyjaciela. Na przestrzeni ledwie trzech minut objawia się tutaj całe mistrzostwo Antonioniego, warto zatem na przykładzie ukazać, jak ważną rolę gra wcześniej wspomniany szczegół w jego twórczości. Bohaterka przygaszona przemierza ulice miasta. Po ujrzeniu jednego mężczyzny jej zachowanie ulega zmianie. Idzie już bardziej nonszalanckim krokiem, delikatnie machając torebką. Następnie slalomem krąży wokół słupków przypominających penisy, by później po chwilowym przystanięciu obok starszej kobiety oraz wyminięciu jej zdjąć z siebie kurtkę i przystanąć na chwilę pod latarnią. A to wszystko dzieje się po scenie, w której widzi umierającego przyjaciela, który znaczył dla Lidii bardzo dużo. Niby to zwykły spacer, a jednak ta sekwencja jest nasycona treścią na temat stanu psychicznego kobiety. Geniusz.

    Jej mąż Giovanni to pisarz zyskujący coraz większe uznanie wśród czytelników. Zamknięty w obrębie racjonalnego myślenia nie jest w stanie dopuścić do siebie jakichkolwiek uczuć. Mastroianni świetnie oddaje postać przyglądającą się światu jak gdyby zza szyby. Teoretycznie uczestniczącą w życiu, w praktyce nieangażującą się w nie w sposób wystarczający. Traktuje Lidię prawie jak obcą osobę, rozmawia o rzeczach błahych, pomijając na przykład kwestie związane z ich związkiem i dopiero po ostatecznej katastrofie dostrzega ogrom cierpienia, jakie za swoim działaniem sprowadził do życia żony. Sam proces rozpadu jest jednak dla niego niewidoczny, a przynajmniej nie widać, by zdawał on sobie z tego sprawę.

    Kropką nad i przypieczętowującą rozpad małżeństwa jest spotkanie Giovanniego z Valentiną (Monica Vitti) na przyjęciu organizowanym przez jej ojca. Wprawdzie do niczego poważniejszego pomiędzy nimi nie dochodzi, natomiast jej zachowanie skutecznie odciąga myśli mężczyzny od jego żony. Mimo że deklaruje niechęć do wchodzenia pomiędzy nich, jej zachowanie będące wypadkową delikatnego cynizmu, dystansu oraz uwodzicielstwa jawnie temu przeczy. Doświadczona przez mężczyzn ma bowiem wciąż nadzieję na odnalezienie miłości. W końcu jak sama mówi, nie posiada ona pamięci, wszystko stara się zapominać. Pozostaje w jej przypadku tylko to bolesne piętno odciśnięte na emocjach.

    Z filmów Michelangelo Antonioniego wynika, iż to mężczyźni są tą siłą popychającą świat do przodu. Warto jednak zaznaczyć, że czerpią oni swoją siłę, jak również formułują cele, dzięki kobietom. Mowa o tym będzie we wcześniejszej "Przygodzie" (o której wpis powstanie w stosownym czasie), natomiast warto o tym wspomnieć już teraz, ponieważ również w "Nocy" reżyser pokazuje, co się dzieje, kiedy to kobieta przestaje być w centrum męskiego wszechświata. Budowany świat przestaje być przez to piękny, a staje się funkcjonalny. Rozwój cywilizacyjny przestaje służyć poprawie jakości życia, a staje się celem samym w sobie. Już nie technika odpowiada na potrzeby człowieka, bo teraz to my musimy dostosowywać się do jej wymagań, tak jak Lidia musi nauczyć się żyć w mieście pełnym hałasu oraz zimnych, bezdusznych wieżowców. Oczywiście pociąga ją ten wyraz męskiej dominacji, ale tylko w przypadku, gdy wynika on z jakiejś poważniejszej pobudki. Znowu pięknie pokazuje to Antonioni na przykładzie bójki przez kobietę oglądanej. Jest nią zaciekawiona, lecz jednocześnie oburzona, gdy okazuje się, że ten wybuch agresji jest tylko formą wyładowania frustracji i do niczego nie prowadzi.

    Skoro zatem działania mężczyzn odseparowane są od chęci osiągnięcia wyższych celów, skoro wynikają one li tylko z biologii, to nie dziwi, iż kobieta staje się przedmiotem, kolejnym środkiem do zaspokojenia potrzeb czy ambicji. Bez młodego ciała kobieta staje się bezużyteczna. Dobitnie o tym świadczy scena, w której Giovanni ogląda w klubie występ czarnoskórej tancerki. Całkowicie skoncentrowany na jej gibkim, wygimnastykowanym ciele, na jej ruchach przepełnionych witalizmem oraz erotyzmem, przestaje zwracać uwagę na siedzącą obok żonę, której pozostaje ironicznie wykonać kilka ruchów nadgarstkiem nad opróżnioną z alkoholu szklanką.

    Obok wątku miłosnego Antonioni snuje refleksję natury ogólnej dotyczącą kontaktów międzyludzkich. Według niego słowa straciły już na znaczeniu, toteż nie istnieje możliwość porozumienia się. Stąd też w filmie tyle luster i w ich zwierciadłach odbić bohaterów. Zbyt złożona jest bowiem ludzka psychika, by móc szczerze oraz w pełni się wypowiedzieć. Za jednym uczuciem ciągnie się przecież łańcuch skojarzeń, nawyków oraz doświadczeń, które z kolei są w stanie uaktywnić kolejne emocje. Końca tego korowodu nie widać, zwłaszcza że do tego dochodzi jeszcze ludzka słabość do prowadzenia gierek, co ładnie jest pokazane, gdy Vitti z Mastroiannim "bawią się" na posadzce w szachownicę.

    Ciekawych szczegółów w tym filmie można odnaleźć bez liku. Abstrahując jednak od nich, warto docenić kunszt włoskiego reżysera. "Noc" to nie jest bowiem obraz końca świata przeprowadzony z operowym rozmachem a'la Visconti. To film przypominający raczej "Pejzaż z upadkiem Ikara" Breugla. Pod presją czasu czy pod natłokiem wrażeń człowiek nie dostrzega katastrofy, jaka powoli, acz nieubłaganie nadciąga. Wszystko wygląda tak jak w przypadku wcześniej wspomnianego przyjaciela pary głównych bohaterów. On umiera w sterylnym szpitalu, a za oknem tylko hałas samochodów. Innego końca świata nie będzie.

  • Arvanity ocenił(a) ten film na: 9

    Arvanity Po więcej tekstów zapraszam na blog https://windanaszafot.wordpress.com/

  • LapisLazuliLL ocenił(a) ten film na: 9

    Arvanity Bardzo interesująca recenzja :-) Pozdrawiam