Gdyby nie Meryl...

1 połowa filmu rzeczyiście nudna, nic sie nie działo, pare wątków rozpoczętych w róznym czasie życia bohaterki, duże przeskoki czasowe, można było się w pewnym momencie pogubić...tak naprawde film zaczął się, w scenie przyjęcia u Susan i Raymonda...Meryl...no cóż, dziwna rola, troche chaotyczna, mało przekonująca w swym szaleństwie, niedopracowana...film miał chyba przedstawić pustke głównej bohaterki, jaką odczuwała po końcu wojny, rozczarowanie życiem jakie prowadziła, brakiem satysfakcji i spełnienia w małżeństwie, nude...to wszystko niby było tylko tak bez ładu i składu...Reszta aktorów tak mało wyrazista w swych rolach, że niedostrzegłam w tym sennym obrazie Dr Housa, a podobno grał ;], tak samo Ullam jakoś mi nie pasowała do roli nieodpowiedzialnej przyjaciółki głównej bohaterki, za mało w niej ikry, dziwne w końcu to aktorka komediowa...Całość oceniam na 6, bo to w końcu Meryl Streep, a ona w gniotach jednak nie gra, coś jednak w tym scenariusz musi byc dobrego tylko ja tego nie dostrzegłam...

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię