Ostatni taniec

Last Dance
2012
7,2 469  ocen
7,2 10 1 469
Ostatni taniec
powrót do forum filmu Ostatni taniec

użytkownik usunięty

Przede wszystkim dobre kino. Teatralny, śmiało można wystawić na deskach teatralnych.

Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa
ocenił(a) film na 8

Dawno nie było dane mi obejrzeć w TV (!) sensownego filmu.. Wciągający, zastanawiający, wart uwagi..

użytkownik usunięty
Mironiega

Zgadzam się z Tobą. TVP Kultura jednak spełnia misję... Cały wieczór krąży mi po głowie ten film... i chyba o to w tym właśnie chodzi... "cel zdjęty".

ocenił(a) film na 3

No właśnie -- teatralny, co wcale niekoniecznie oznacza dobre kino. I wcale nie dlatego, żeby film musiał koniecznie mieć dynamiczną akcję i plenery, tylko dlatego, że kino przemawia do trochę innej wrażliwości i dysponuje innymi środkami. W teatrze zgadzamy się na umowność: kilku aktorów ma przedstawić jakiś problem, jakiś konflikt, jakąś sytuację życiową, czyjeś przemyślenia (w monodramie), jakiś dramat. Nie musi być realistycznie, ważne, żebyśmy wierzyli w autentyzm przesłania i wyciągnęli własne refleksje. Ograniczenia techniczne wprowadzają kameralny klimat i konwencję.

Przenoszenie tego do świata filmu jest (zwykle) drogą na łatwiznę i pewnym nadużyciem. Oczywiście, film też może być kameralny, a jego akcja może ograniczać się do rozmów, gestów i spojrzeń głównych bohaterów -- absolutnie jest na to miejsce w kinie. Trudniej jednak w filmie zaakceptować konwencję i umowność, brak realizmu. Pewnie dlatego, że język filmu zawiera bogactwo środków umożliwiających pokazanie prawie dowolnej historii oraz silne oddziaływanie na emocje samym zestawieniem obrazów, muzyką, itp.

Dlatego film ten wydał mi się nużący i manipulatywny. Ciąg przedstawionych zdarzeń odbieram jako praktycznie zupełnie nieprawdopodobny: zamachowiec idzie na akcję nie będąc pewnym swoich przekonań; wycofuje się w ostatniej chwili na widok dziecka (naprawdę nie wyobrażał sobie wcześniej, jak będzie wyglądał tłum ludzi, w który wejdzie?); starsza pani -- zakładniczka -- raz go ruga, to znowu prosi, żeby jej nie kneblował; on dzwoni do zwierzchnika, choć wie, że wobec wycofania się jest już u swoich wspólników skończony; broczy krwią, ale przekłada ewakuację, wyczekuje -- czego?; starszej pani udaje się go odratować, choć ani nie była w stanie przetoczyć mu krwi, ani choćby porządnie go nakarmić. To tylko nieliczne z przykładów nadużyć realizmu. Oczywiście, można powiedzieć, że się czepiam i że nie o to chodzi w tej historii. No dobrze, ale skoro tak, to po co ubierać przesłanie w kostium historii fabularnej, która przypomina bajkę dla dzieci, a rzekomo toczy się w świecie realnym i opowiada o postawach ludzi kształtowanych bardzo konkretnymi okolicznościami polityczno-społecznymi? Brak realizmu nie ogranicza się zresztą do tej podstawy fabularnej -- również dynamika relacji kształtującej się między starszą Żydówką a palestyńskim porywaczem jest bardzo mało przekonująca. Jak pogodzić humanistyczno-pacyfistyczną postawę starszej pani z jej dumą z wojskowej służby syna? Jak potencjalny zamachowca-samobójca mógł ostatecznie dojrzeć do przyjęcia od Żydówki daru w postaci szansy na ucieczkę z kraju? Jak to wszystko mogło nastąpić w przeciągu dwóch dni?

Film jest przewidywalny, nużący, nieprawdopodobny i nie wnosi nic nowego. O niczym się z niego nie dowiadujemy, nie otwiera nam żadnego nowego wglądu w sytuację tego klinczu racji. Wręcz odwrotnie, zdaje się mówić, że racje obu stron są do tego stopnia równe i słuszne, że wszystkie postawy i zachowania z nich wynikające są w jakimś stopniu zrozumiałe i należy im się szacunek. Niech więc się nawzajem mordują albo ocalają (zależnie od nastroju i okoliczności) -- robią to wszak "w imię Boże": z namaszczeniem potem ucałują jakąś świętą książeczkę albo poprawią świeczniczek, trochę popłaczą i wszystko będzie w porządku.