Proszę o propozycje najlepiej zagranej sceny , w historii waszego związku z filmem. Nie pytam o najlepszy film , aktora czy nawet konkretną role. Mam na myśli scenę w której pomyśleliście ,, cholera to dopiero było aktorstwo!''Może to być scena trwająca kilka minut, kilkadziesiąt sekund, a nawet jedno spojrzenie czy gest. Nie musi być najbardziej efektowna ani najbardziej znana. Liczy się to, co aktor zrobił w tej konkretnej chwili a co pamiętacie latami.
Pozwólcie, że zacznę.
Scena z filmu Siedem i wybitny Leland Orser przesłuchiwany przez Somerseta. Facet rozsypuje się psychicznie na oczach widza. Petarda .
Przebijcie to !