Może mnie ktoś oświecić jaki tytuł nosi film o zombie (chyba to nie horror, coś bardziej jak dramat), który nigdy nie umiera? Koleś (nikt nie wie, że jest żywym trupem) wraca z pracy, siada w fotelu i rozmyśla o życiu. Tyle pamiętam z pierwszych 10 minut. To chyba nie amerykański film, a jakiś niskobudżetowy europejski, ale mogę się mylić.
i coś mi się jak przez bardzo gęstą mgłę roi, że chyba coś tam było o przelatującej komecie, czy czymś takim. Generalnie, to chyba taki spokojny, metaforyczny film o życiu. Żadne flaki, trupy, krew i co tam.
Kurde, strasznie mnie to męczy...