Nigdy nie widziałem żadnego ze spin-offów Django/Sartana. Ten mały klejnot jest pierwszy, a po jego obejrzeniu, mam ochotę na wszystkie inne. Tak czy inaczej, przejdźmy do recenzji.
W okolicach gdzie władzę sprawuje trójka byłych oficerów Konfederacji pojawia się tajemniczy rewolwerowiec o imieniu Django (Anthony Steffen). Ma on dokładną listę osób, które zamierza zlikwidować, a zanim to zrobi przysyła im nagrobek z imieniem i datą śmierci. Szybko byli żołnierze zdają sobie sprawę, że to właśnie oni są celem. Wydaje się to mieć związek z zbrodnią jaką dokonali trzynaście lat wcześniej...
Mężczyzna wychodzi z więzienia po odsiedzeniu wyroku za przestępstwo, którego nie popełnił. Teraz postanawia uformować gang, przy którego pomocy dokona zemsty na człowieku, który go wrobił...