Recenzja filmu Eter (2018)
Krzysztof Zanussi

Diabeł tkwi w szczegółach

Zanussi stawia na Austro-Węgry i przełom wieków, bo chce dokopać się do fundamentów zła, jakie eksplodowało w dwudziestym stuleciu. Stąd faustyczne tony, stąd Diabeł, stąd Poniedziałek w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Eter (2018)
W filmach Krzysztofa Zanussiego wciąż ktoś dyskutuje. Dwaj bohaterowie rozmawiają, wadzą się, podszczypują, negocjując swoje stanowiska w sporze o Idee, koniecznie takie pisane wielką literą. Fizyk Marek kontra jego stary przyjaciel Jan, docent Szelestowski versus magister Kruszyński, korposucz Nilska nękająca biednego Angelo. Od "Struktury kryształu" przez "Barwy ochronne" po "Obce ciało": raz równy z równym, raz starszy z młodszym, raz – niestety – diabolicznie zła z anielsko dobrym. W "Eterze" jest podobnie, z tym że gęściej. Zanussowskie duety dublują się tu, powielają, mnożą niczym w gabinecie luster: Poniedziałek duetuje z Chyrą, demoniczny lekarz eksperymentuje na bogu ducha winnym chłopcu, a odpowiednik doktora Fausta podpisuje pakt z odpowiednikiem Mefistofelesa. Chyba najważniejsza – a zdecydowanie najciekawsza – dyskusja toczy się tu jednak między reżyserem a jego gwiazdą. 

photo.title

Zanussi reżyseruje film, Poniedziałek w filmie gra – ale nie jest to chyba ten sam film. Reżyser opowiada swoją historię w dwóch trybach: najpierw serwuje nam coś, co nazywa "historią jawną", a potem odsłania kurtynę i proponuje "historię tajną", pokazując te same wydarzenia z innej perspektywy. "Mówię coś, ale tak naprawdę mówię coś innego", sugeruje autor. Ale ta podwójność byłaby obecna w "Eterzenawet bez tego – i nie chodzi tylko o wieloznaczność tytułowego słowa, odsyłającego tyleż do chemii czy fizyki, co i do metafizyki. Równolegle do poważnej, zapiętej pod szyję opowieści o Dobru i Złu, o Zbawieniu i Potępieniu, toczy się tu przecież historyjka utrzymana w tonie uroczo szmirowatego "guilty pleasure". Zanussi filozofuje i moralizuje, Poniedziałek tymczasem się bawi. 
 
Ta Poniedziałkowa dezynwoltura wpisana jest już zresztą w postać głównego bohatera, zatwardziałego ateisty, cynika i hedonisty. Mamy końcówkę XIX wieku, gdzieś na obrzeżach Cesarstwa Rosyjskiego lokalny lekarz przedobrza z dawką eteru: chciał zbałamucić niewiastę, a niechcący doprowadza do jej śmierci i musi salwować się ucieczką. Azyl znajduje w austro-węgierskiej twierdzy, gdzie, objąwszy posadę medyka, może kontynuować swoje eksperymenty z tytułową substancją. Jego królikiem doświadczalnym zostaje młody Ukrainiec imieniem Taras (Ostap Vakuliuk), naiwny i potulny, dobrowolnie oddający się w łapska bezdusznego doktora, alegorycznie nazwanego tu zresztą po prostu Doktorem. 

photo.title

Zanussi stawia na Austro-Węgry i przełom wieków, bo chce dokopać się do fundamentów zła, jakie eksplodowało w dwudziestym stuleciu. Stąd faustyczne tony, stąd Diabeł, stąd Poniedziałek w skórzanym fartuchu i rękawicach, pociągający za jakieś złowrogie dźwignie i aplikujący elektrowstrząsy – trochę doktor Frankenstein, trochę doktor Mengele. Reżyser mówi o sięgającym bruku ideale Oświecenia. Naucza, że uwolniony z okowów moralności, wiary czy Boga (u Zanussiego to przecież wszystko jedno) rozum prowadzi prosto na ścieżkę ludobójstwa. Znany argument, któremu autor robi jednak niedźwiedzią przysługę, intonując go w anturażu jasełkowego moralitetu i nadając mu strukturę – cóż – banału. Uruchomiony przez reżysera wielki kwantyfikator nie przegryza się bowiem z "komiksowym" fabularnym uproszczeniem. Nierówności zostają wygładzone, dramaturgia wyparowuje: skoro, co złe, to Diabeł, a Wybaczenie jest kwestią arbitralną, pozostaje rozsiąść się i czekać, aż Bóg i Ten Drugi załatwią to między sobą.

Zanussi przekreśla tym samym wszystko, co – być może niechcący – udanie zainscenizował. Sfilmowany przez Piotra Niemyjskiego w serii iście eterycznych, wypełnionych zawiesistym białym światłem kadrów, "Eter" uwodzi przecież klimatem tajemnicy i dwuznaczności. Taka też jest dziwna, pełna niedopowiedzeń relacja między Doktorem a jego przełożonym (Andrzej Chyra). Komendant niby umywa ręce od tego, co dzieje się w laboratorium, udaje, że nic nie wie. Ale wcielający się w niego Chyra raz za razem rzuca swojemu ekranowemu partnerowi znaczące spojrzenia.

Poniedziałek zaś przechwytuje to mrugnięcie i posyła je widzowi, grając swojego bohatera z dystansem, w cudzysłowie, z nieukrywaną perwersyjną frajdą. Jakby chciał oddać sprawiedliwość kusicielskiemu urokowi zła. Jakby chciał pokazać, że ta historia lepiej sprawdziłaby się jako dwuznaczny gotycki horror niż jednoznaczny katechizm. W "Fauście" czytamy o "sile, która zła pragnąc, dobro czyni" – ale i vice versa, niestety.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 53% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni