Recenzja filmu Magiczny dywan (2018)
Karsten Kiilerich
Dorota Bień

Dywan, jakich wiele

Podczas gdy Amerykanie raz za razem trafiają w złoty środek między fotorealistyczną iluzją a kreskówkowym urokiem, Duńczycy, Francuzi czy inni Niemcy ze swoich dużo mniejszych budżetów wyciskają ...
Filmweb sp. z o.o.
"Magiczny dywan" wchodzi do polskich kin kilka miesięcy po disnejowskim "Aladynie" i niejeden podejrzliwy kinoman z pewnością dopatrzy się tu bezczelnej próby podczepienia się pod sukces dużego studia. Postawa absolutnie zrozumiała: w kinach regularnie goszczą animowane podróbki dużych hitów, jakieś malezyjskie "Auta" czy rosyjska "Kraina lodu". Nie tym razem. Nie dość, że film Karstena Kiilericha miał światową premierę rok wcześniej niż "Aladyn", to na dodatek jest on animowanym remakiem duńskiego familijnego starocia: "Hodja fra Pjort" z 1985 roku. Zabawne: Amerykanie pokazali aktorską wersję animacji, Duńczycy zaś przenieśli swój film aktorski w świat animacji. Na dodatek ani jedni, ani drudzy nie wydają się instynktownymi kandydatami do ekranizowania wątków rodem z "Księgi tysiąca i jednej nocy". Ale tak już bywa: historie – ani zarabiane na ich opowiadaniu pieniądze – nie respektują granic. Szkoda tylko, że czasem nie dorastają do standardów.

photo.title

To jednak oczywiście kwestia życzliwości (albo wieku) oglądającego. Niektórym fabuła "Magicznego dywanu" wyda się zapewne szlachetnie prosta, klasyczna wręcz. Oto Hodżia, chłopiec z maleńkiej wioski, który chciałby zwiedzić świat, ale nie może, bo ojciec ma nadzieję, że syn pójdzie w jego ślady i zostanie krawcem. Oto magiczny dywan, który niespodziewanie trafia do rąk chłopca. Oto przygoda, która połączy fabularnie przyjemne z fabularnie pożytecznym: zarazem spełni marzenie Hodżii, jak i uświadomi mu, że goniąc za fantazjami, ryzykuje on utratę rodzinnego azylu. Dorzuć sympatyczną towarzyszkę przygód – kozę, dorzuć spotkaną po drodze rezolutną koleżankę, dorzuć złego manipulanta z wąsem i spojrzeniem spode łba – a schematowi stanie się zadość. Baśń jak to baśń.

Sęk w tym, że "Magiczny dywan" jest nie tyle klasyczny, co klasycznie średni. Nie od dziś europejskie studia stają w szranki z Pixarem, Disney Animation czy DreamWorks i nie od dziś różnica między ich produkcjami widoczna jest gołym, nieuzbrojonym okiem. Zaczyna się od wydajności procesorów: podczas gdy Amerykanie raz za razem trafiają w złoty środek między fotorealistyczną iluzją a kreskówkowym urokiem, Duńczycy, Francuzi czy inni Niemcy ze swoich dużo mniejszych budżetów wyciskają dużo bardziej niedzisiejszą grafikę. Na szczęście umowna animowana konwencja – oraz oczy zasiadających na sali pięciolatków – potrafią wiele wybaczyć. Wciąż jednak powraca odwieczne pytanie: po co oglądać akurat "Magiczny dywan", skoro kina pękają w szwach od podobnych produkcji i można sobie spokojnie powybrzydzać?

photo.title   photo.title   photo.title  

Tym bardziej że sam Kiilerich nie wybrzydza i proponuje wszystkie zwyczajowe tanie chwyty konwencji. Prym wiedzie oczywiście najpopularniejszy w całym kinie familijnym gag gastryczny: bąki puszczają zarówno wielbłądy, jak i sułtan obżartuch. Żeby jednak nie było, nie wszystko jest tu równaniem w dół. Antropomorfizacja tytułowego dywanu to całkiem nośny pomysł (choć oczywiście pożyczony m.in. od Disneya). Mamy też kilka udanych sekwencji (zwłaszcza przekomarzanka w lochach) i jeden dość nieoczekiwany zwrot akcji. Inna sprawa, że zaskoczenie wynika raczej ze scenariuszowych braków: twist nie jest po prostu odpowiednio przygotowany. Istnieje jednak spore prawdopodobieństwo, że widzowi docelowemu nie będzie to ani trochę przeszkadzać. Kolorowe, kompetentnie zrealizowane półtorej godziny kina czasem w zupełności wystarczy. Taka już magia kina dla dzieci. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię