Recenzja filmu Sibyl (2019)
Justine Triet

Kobieta samotna

Reżyserka Justine Triet tonie w morzu zbędnych pytań, niepotrzebnych dygresji, a jej film ugina się pod ciężarem sprzecznych ambicji. Nieśmiertelne pytanie o to, czy sztuka powinna pasożytować na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Sibyl (2019)
"Sibyl" to jeden z tych filmów, które pozostają dla mnie nieprzeniknioną tajemnicą. Mówią do nas znajomym językiem. Powoli i wyraźnie, cytując klasyka, "jak do dziecka albo psa”. Ale jednocześnie mówią o tylu rzeczach naraz, że trudno skupić się chociażby na jednej.

Weźmy sam początek, sytuację rodem z komedii Woody’ego Allena (raczej późnego Allena, ale niech będzie). Kobieta i mężczyzna w restauracji sushi. On wylewa kaskady słów, gestykuluje jak szalony, tłumaczy jej krytyczną sytuację na literackim rynku. Ona, lekko poirytowana, słucha cierpliwie, by w końcu wbić go w ziemię jedną precyzyjną ripostą. Teren znajomy, lecz tylko przez chwilę, gdyż zaraz widzimy napisy początkowe - kamera robi powolny najazd na okno kamienicy, w tle słychać złowróżbne pianino, pojedyncze akordy. Hitchcock? Polański? Znowu pudło.

Wspomniana kobieta z restauracji, Sibyl (Virginie Efira) to terapeutka i pisarka z kryzysem twórczym, która porzuca pierwsze zajęcie, by w pełni poświęcić się drugiemu. Jej ostatnią pacjentką jest początkująca aktorka Madeleine (Adèle Exarchopoulos), która zaszła w ciążę z gwiazdorem filmowym Igorem (Gaspard Ulliel), a teraz żyje pod ciężarem poważnego dylematu: nie chce usuwać dziecka, ponieważ wciąż kocha mężczyznę; nie chce go też urodzić, gdyż straci rolę w filmie, za kamerą którego stoi dawna dziewczyna Igora, Mika (Sandra Hüller). Sibyl zaczyna pracować na pełnych obrotach, lecz za jej nagłym zrywem nie stoi żaden etyczny imperatyw - w tajemnicy przelewa na papier historię Madeleine. Kiepski ruch, biorąc pod uwagę emocjonalną niestabilność dziewczyny oraz chimeryczną naturę sztuki.

Niemrawa narracja sugeruje, że Sibyl ma do ugrania znacznie więcej. Film naszpikowany jest powidokami z jej poprzedniego związku (pomyślcie o tych scenach jak o onirycznych pasażach Jean-Marca Valléego), zaś reżyserka buduje z jej wspomnień obraz życia, które uległo erozji. Jako opowieść o próbie odzyskania nad nim kontroli, całość sprawdza się nieźle. Kojarzona dotąd głównie z komediami Efira ma w oczach niezdrową determinację, zaś partnerująca jej, rozhisteryzowana Exarchopoulos gra bodaj najlepszą rolę w karierze od czasu przełomowego "Życia Adeli".

Tym większa szkoda, że reżyserka Justine Triet tonie w morzu zbędnych pytań, niepotrzebnych dygresji, a jej film ugina się pod ciężarem sprzecznych ambicji. Nieśmiertelne pytanie o to, czy sztuka powinna pasożytować na kruchej intymności naszych bliskich, to dopiero początek. Później mamy dość łopatologiczną narrację spod znaku #metoo (nie wiem, jak inaczej rozczytać to, co dzieje się na planie filmowym pomiędzy a Igorem, Madeleine oraz Miką), refleksję nad naturą medium filmowego, rozprawkę o sensualności literatury i Bóg wie, co jeszcze. W jednej z pierwszych scen porażona niemocą twórczą Sibyl wierci się w łóżku. Spogląda w telewizor, z którego zerka na nią bohaterka horroru "Coś za mną chodzi". Później chwyta gazetę - nagłówek krzyczy, że aresztowano finansowego magnata. Wreszcie odpuszcza, idzie zaparzyć sobie kawy. Mniej więcej tak wyobrażałem sobie scenariopisarski proces.

Gorączka myśli oraz przyzwoity warsztat nie wystarczają zwykle do nakręcenia kina wielkiego formatu. Ale biorąc pod uwagę zakres filmowych inspiracji oraz tematyczny zasięg jej skromnego obrazu, Triet łatwo nie złoży broni. Trzymam kciuki. Ja też lubię Hitchcocka, Allena i wszystkich pomiędzy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni