Recenzja filmu

Normal (2025)
Ben Wheatley

I żeby było normalnie

"Normal" nie bez powodu przyrównywane jest do "Fargo". Łączy je oczywiście śnieżny krajobraz Minnesoty, lecz podobieństwa sięgają dalej. U Bena Wheatleya i Dereka Kolstada spokój w miasteczku
I żeby było normalnie
źródło: Materiały prasowe
Bohater kina akcji A.D. 2026 w niczym nie przypomina archetypu z lat 80. Wtedy na okładkach VHS-ów muskuły prężyli macho nie do zdarcia, dziś na plakatach moszczą się poobijani faceci, którzy zamiast żelastwa dźwigają ciężar życiowych doświadczeń. Zmiana pokoleniowa była nieunikniona, kto by się jednak spodziewał, że w buty Stallone’a, Lundgrena, czy Schwarzeneggera przyjdzie wejść Bobowi Odenkirkowi, sześćdziesięciolatkowi o aparycji agenta ubezpieczeniowego. Gwiazdor serii "Nikt" udowodnił, że ważniejsza od sylwetki kulturysty jest charyzma, a tej mu zdecydowania nie brakuje, co potwierdza w "Normal". 

Na początku tymczasowy szeryf Ulysses nie daje powodów, by uznać go za bliźniaka Hutcha Mansella. Sprawia wrażenie ciepłych kluch, które pojawiają się w tytułowym miasteczku w Minnesocie bezwolnie i bez celu. W pewnym momencie mieszkaniec miasteczka powie mu: "wybraliśmy cię, bo podobno masz wszystko w dupie". Rzeczywiście, jego postanowieniem jest zostawić Normal w takim stanie, w jakim je zastał, co nie wydaje się złym pomysłem, skoro lokalna społeczność jest zżyta i raczej uprzejma. Szeryf wkracza do akcji w banalnych wypadkach: raz w sklepie dochodzi do przepychanki, innym razem dziewiarka skarży się, że dostarczyli jej malwową włóczkę zamiast różowej. Idylla.


"Normal" nie bez powodu przyrównywane jest do "Fargo". Łączy je oczywiście śnieżny krajobraz Minnesoty, lecz podobieństwa sięgają dalej. U Bena Wheatleya i Dereka Kolstada spokój w miasteczku również zostaje zaburzony przez zbrodnię. O ile Coenowie wpisują ją w intrygę wprost z filmu noir, o tyle reżyser "Meg 2" i scenarzysta cyklu o Johnie Wicku czynią z niej punkt zapalny zwariowanej akcji. W końcu okazuje się, że w Normal nic nie jest normalne. Zapyziała mieścina jest tak naprawdę pralnią pieniędzy yakuzy, a Ulysses ostatnim sprawiedliwym, człowiekiem o skomplikowanej, ciemnej przeszłości oraz kręgosłupie moralnym z żelbetu. Ich spotkanie nie może zakończyć się pokojowo. 

Ciekawsza niż podobieństwa do "Fargo" jest zasadnicza różnica: bohaterowie Coenów powodowani są chciwością, mieszkańców Normal pcha do działania ekonomiczny przymus. Kolstadowi, który współpracował z Odenkirkiem przy "Nikim" i specjalnie dla niego napisał rolę Ulyssesa, udaje się wystarczająco umotywować postaci, by ubrać tę krwawą sensację w strzępy realizmu. Normal jest bowiem jednym z wielu miasteczek w USA, które prosperują wyłącznie w komediach romantycznych z Hallmark Channel. Tam fetyszyści prowincji pustoszenie wiążą z kameralnością, a monotonię biorą za upragniony spokój. Burmistrz Normal (Henry Winkler) nie pozostawia złudzeń – w rzeczywistości takie miejscowości dogorywają, utrzymanie przychodni graniczy z cudem. Kolstada interesuje więc relatywizm moralny – czemu wielokrotnie daje wyraz, choćby w wątku zabiedzonych rabusiów, napadających na bank – lecz koniec końców, kto zasłużył na karę, ten otrzyma ją z nawiązką. 


Problemy społeczne, będące tłem dla krwawej jatki, stawiają "Normal" w szeregu z filmami, takimi jak "Zabawa w pochowanego 2" czy "Oni cię zabiją". Każdy z nich jest groteskową, eksploatacyjną wręcz fantazją o sprawiedliwości, której ma stać się zadość. Jednocześnie ich twórcy nie silą się na wnikliwą analizę sytuacji politycznej i gospodarczej, rozumiejąc, że istotą kina akcji są przecież pościgi, bijatyki i strzelaniny. Jeżeli nurt ten potrzebuje nazwy, zgłaszam propozycję: "kino zaangażowanej rozpierduchy". Tej ostatniej w "Normal" nie brakuje. Kule świstają, dynamit wybucha, trup ściele się gęsto – jest atrakcyjnie, krwawo, ale też zabawnie. Można by powiedzieć, że Kolstad napisał po prostu trzecią część "Nikogo". 

Porównanie z porachunkami Hutcha Mansella działa jednak na niekorzyść "Normal". Wheatley, który nakręcił drugą część kuriozalnej dylogii o Jasonie Stathamie w rekinarium, nie jest w stanie wykrzesać z bijatyk tej samej żywiołowości, co Timo Tjahjanto. W "Nikim 2" kamera podążała za sierpami na odlew, okrążała okładające się towarzystwo, tymczasem w "Normal" jest ona zaskakująco nieruchliwa. Ulysses zresztą i tak częściej sięga po gnata niż wymachuje pięściami. Strzelaninom brakuje niestety widowiskowości, którą był w stanie wykrzesać z tańca śmierci Johna Wicka Chad Stahelski, inny współpracownik Kolstada. Stąd sceny akcji u Wheatleya, choć liczne i na ogół satysfakcjonujące, mają marne szanse na włączenie do kanonu. 


Jak to we współczesnym kinie akcji bywa, całość oprawiona jest w ramę ironii i dystansu (dobrze, że dla przeciwwagi powstają produkcje w starym, dobrym stylu, takie jak "Reacher"). Absurdalny pomysł z yakuzą w Minnesocie wyznacza ton opowieści, w której rozwałka ma slapstickowy charakter. Lwia część mieszkańców Normal zupełnie nie nadaje się do przestępczego fachu. Dość powiedzieć, że wspomniana wcześniej dziewiarka okaże się jedną z zacieklejszych przeciwniczek Ulyssesa, podczas gdy niezgułowaci policjanci (grany przez Billy’ego MacLellana funkcjonariusz to wypisz wymaluj Boyle z "Brooklyn 9-9") poruszają się jak dzieci we mgle, będąc wyjątkowo łatwymi celami dla zaprawionego w boju szeryfa. Bliżej finału "Normal" staje się po prostu pełnoprawną komedią. 

W tego rodzaju scenariuszach Odenkirk czuje się jak ryba w wodzie, od czasu "Nikogo" żywo zainteresowany jest sztuką kaskaderską i efektami praktycznymi. Tę pasję widać na ekranie – choć Mansell jest postacią nieporównywalnie ciekawszą, charakter Ulyssesa jest wystarczająco wyrazisty, by chcieć śledzić jego losy. Co oczywiste, znajdą się osoby, którym przyjdzie z trudem zaakceptowanie Odenkirka jako gwiazdora kina akcji. Warto jednak pamiętać, że ikonami gatunku są nie tylko Stallone, Lundgren czy Schwarzenegger, ale też Bruce Willis. Ten ostatni osiągnął sukces, ponieważ był everymanem z pazurem – aptekarskim połączeniem zadziorności, nonszalancji i swojskości. Odenkirk, idąc wydeptaną przez niego ścieżką, udowadnia, że popkultura potrzebuje normalsów. 
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?