Recenzja filmu Let's Dance (2019)
Ladislas Chollat

Miłosne pląsanie

Jak można się łatwo domyślić, "Let's Dance" nie grzeszy oryginalnością. Ale nic też nie wskazuje na to, że Chollat miał intencje nakręcenia czegoś świeżego. Raczej podszedł do tematu w sposób ...
Filmweb sp. z o.o.
Zupełnie niepostrzeżenie taniec znów stał się modny w kinie. W ostatnim czasie mogliśmy oglądać popisy tancerzy w filmach biograficznych ("Yuli", "Biały kruk"), w horrorach ("Suspiria"), a nawet w dramatach o tożsamości płciowej ("Girl"). Nic więc dziwnego, że w końcu znaleźli się też twórcy, którzy sięgnęli po najbardziej znany schemat: opowieść o tancerzach z różnych światów, którym przyświeca wspólny cel zawodowy i łączy wielka miłość.

photo.title

Tak naprawdę "Let's Dance" wcale nie jest pierwszym filmem, który (po dłuższej przerwie) wykorzystuje ów schemat narracyjny. Już w ubiegłym roku, także we Francji, powstał "Break" o pięknej Lucie i przystojnym Vincencie, których połączyła miłość nie tylko do tańca. Tamten film nie dotarł jednak na polskie ekrany (a szkoda, bo poziomem wcale nie odbiega od "Let's Dance"), więc Polacy dopiero teraz mają okazję obejrzeć świeżą wariację na temat "Step Up – Taniec zmysłów".

Bohaterem opowieści Ladislasa Chollata jest Joseph (Rayane Bensetti). Syn baletnicy, który po matce odziedziczył talent do tańca, ale czując się przez nią odrzuconym, zamiast w rytmie klasyki postanawia pląsać przy dźwiękach hip-hopu. Wierząc, że może odnieść sukces, wraz ze swoją dziewczyną i najlepszym przyjacielem rzuca wszystko i przenosi się do Paryża, by wziąć udział w konkursie tanecznym. Liczy, że wygrana otworzy przed nim drzwi do kariery i sławy. Jednak początki nie są zachęcające. Dziewczyna szybko rzuca go dla charyzmatycznego lidera ich nowego zespołu, a brak pieniędzy zmusza go do szukania pomocy u znajomego, nauczyciela w szkole baletowej. Jedną z uczących się tam tancerek jest Chloé (Alexia Giordano). Początkowo ta dwójka nie darzy się sympatią. Taniec okazuje się jednak doskonałym afrodyzjakiem i już wkrótce bohaterów zacznie łączyć coś więcej niż tylko wspólna pasja...

Jak można się łatwo domyślić, "Let's Dance" nie grzeszy oryginalnością. Ale nic też nie wskazuje na to, że Chollat miał intencje nakręcenia czegoś świeżego. Raczej podszedł do tematu w sposób typowy dla komedii romantycznych, w których nie liczy się schemat, ale bohaterowie i to, jak całość jest opowiedziana. Jeśli chodzi o postacie, to efekt jest do pewnego stopnia udany. Główna para niespecjalnie rzuca się w oczy. Bensetti i Giordano grają na tyle poprawnie, że nie przeszkadzają fabule, ale ich bohaterom brakuje wyrazistości. Są bardzo stereotypową parą kochanków-tancerzy; w ogóle się ich nie zapamiętuje. Na szczęście lepiej prezentuje się drugi plan. Grany przez Mehdiego Kerkouche'a kumpel głównego bohatera jest zabawną i żywiołową osobą, która odwraca uwagę od bezbarwności protagonistów. Wyrazistości filmowi dodają również nauczyciel baletu (będący kimś pomiędzy postacią komediową i mentorem) oraz babcia Chloé (która dodaje historii romantyzmu opowieściami o swojej wielkiej miłości).

photo.title

Tanecznie "Let's Dance" wypada poprawnie, ale nic ponadto. Atrakcyjność scen tańca budowana jest poprzez zabawy slow-motion i nieustanne poruszającą się (głownie po okręgu) kamerą. Takie działania spełniają swoje zadanie, ale choreograficznie na tle konkurencji (chociażby wspomnianego już "Break") wypadają blado.

Wszystko to sprawia, że "Let's Dance" jest przyjemną rozrywką, która nie wymaga od widzów szczególnego zaangażowania emocjonalnego czy intelektualnego. Idealnie nadaje się więc jako doraźny środek na odstresowanie po całym dniu ciężkiej pracy. Z seansu wyjdziecie pozytywnie naładowani, ale o samym filmie bez żalu zapomnicie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię