Recenzja filmu

Layla (2024)
Amrou Al-Kadhi
Bilal Hasna
Louis Greatorex

Serduszko puka w rytmie tarab

Film Al-Kadhiego, niczym zawodowa drag queen, zgrabnie chowa swoje pojęciowe zaplecze pod fatałaszkiem komedii romantycznej. W ramach konwencji wchodzi w konwersację ze swoim
Serduszko puka w rytmie tarab
Znacie te złośliwe żarty o czarnoskórym niepełnosprawnym geju z Kambodży czy poliamorycznej, noszącej hidżab kobiecie po amputacji, które pojawiają się w odmętach sieci, ilekroć mowa o medialnej reprezentacji? Jesteśmy w internecie, na pewno znacie. "Layla" pozornie zdaje się pstryczkiem w nos wymierzonym wszystkim cyfrowym komediantom – oto film o niebinarnej, palestyńskiej drag queen, która szukając miłości, odkrywa własną tożsamość (w tle kontrkulturowy Londyn, znikający pod naporem wielkich korporacji). Piszę "pozornie", bo w swoim pełnometrażowym debiucie Amrou Al-Kadhi nie ma ambicji grania kartą ragebaitowych kontrowersji. Zamiast tego szuka sposobu na poszerzenie języka komedii romantycznej o tych, którzy byli w niej tradycyjnie pomijani albo sprowadzeni na margines. 


Pierwszy kwadrans seansu to wysunięcie pazurków; bezwstydny seks, alternatywny drag i utyskiwanie na korpo-pinkwashing. Akcja zawiązuje się w serii migawek z życia bohaterki: dragowy występ (udany), przygodny seks z gościem poznanym na Grindrze (nieudany), kolejny dragowy występ (nie wiadomo, czy udany). Ostatecznie Layla (Bilal Hasna) staje przed widzem cała ubabrana makaronem w akcie performatywnego protestu przeciw brzydkim korporacjom, które nie szanują artystów. Wysunięte pazurki szybko spiłuje przybycie Maxa (Louis Greatorex), przystojnego przedstawiciela korporacyjnego świata, na który przed chwilą jeszcze narzekaliśmy. Truizm o tym, że przeciwieństwa się przyciągają, ewidentnie się sprawdza – ekran zarumienia się od rom-comowych konwencji, uczucie pokonuje klasowo-rasowe podziały i już zapowiada się, że wszyscy żyć będą długo i szczęśliwie. Inaczej być nie może, skoro Max to urodzony książę z bajki. Do czasu, bo fantazję szybko dogania rzeczywistość nieporozumień, ghostingu, situationshipów i innych miłosnych bolączek.


Film Al-Kadhiego, niczym zawodowa drag queen, zgrabnie chowa swoje pojęciowe zaplecze pod fatałaszkiem komedii romantycznej. W ramach konwencji wchodzi w konwersację ze swoim queerowo-diasporycznym rodzeństwem; próbuje stworzyć komedię romantyczną "środka". Brak tu czysto eskapistycznej fantazji znanej z "Nie potrafię inaczej" czy "Nice Indian Boy", ale jednocześnie daleko do cynicznego humoru "Na dnie". Z tego kompromisu rodzi się kino wciąż przystępne, niemal komercyjne – gdyby nie fakt, że trochę niegrzeczne. Takie, które złamie serce, po to tylko żeby je zaraz skleić. Wreszcie kino – piszę to z pełną świadomością śmieszności tego określenia – w a ż n e. Ważne, bo walczące z przekonaniem, że nie ma czegoś takiego jak nieheteronormatywni Arabowie, ale i ważne jako szczery portret tożsamościowej walki o scalenie samego siebie.  

Ta bitwa o własną tożsamość nie ogranicza się jedynie do dramatycznych monologów czy scenariuszowych konfliktów, przenosi się nawet do warstwy choreograficzno-muzycznej. Dragowym występom Layli akompaniują Agnes Carlsson i Marina, ale już nie Haifa Wehbe czy Nancy Ajram. Na palestyńskim weselu siostry kontratakuje za to wybijany na darbuce rytm dabke; ludowego tańca z silnym podziałem na to, co męskie i żeńskie – sama myśl o przekroczeniu tej granicy wywołuje atak paniki i odrealnienie. Spokoju nie ma nawet w domowym zaciszu. Przed Maxem należy przywdziać kobiecą abaję (po raz pierwszy w życiu!) i zredukować się do roli orientalnego wyobrażenia o zmysłowej tancerce. Całe życie Layli jawi się jak balansowanie na styku tożsamości względnie sprzecznych: palestyńskość to religijna rodzina, normatywność i oceniający krewni, queerowość to niby przyjaciele, zabawa i wolność, za które ceną jest wynarodowienie się. 


Natłok kulturowych nawiązań i konwenansów to nie jedyny sposób, w jaki Al-Kadhi alienuje swojego widza. Raz po raz wyrywani jesteśmy z iluzji bezpiecznej komedii romantycznej prosto w środek gejowskiej sauny; czy jako obserwatorzy tego, jak but na obcasie staje się dildo. Jest w tej ostentacyjności coś ze słusznego znaczenia terenu. "Layla" to przecież film o doświadczeniu queerowym i arabskim, i takim ma pozostać; nie ma tutaj zgody na pełne przywłaszczenie tej historii przez mainstream (jak było z chociażby "Tamte dni, tamte noce"). Znaczenie terenu na szczęście nie jest w tym równaniu tożsame z odstraszaniem widza – mimo wszelkich alienujących zabiegów, "Laylę" trudno nazwać filmem hermetycznym. Ta historia może nie jest uniwersalna, ale wciąż pozostaje niezwykle czuła. Przecież, żeby razem z bohaterami się cieszyć, przeżywać miłosne wzloty i upadki czy tożsamościowe rozterki, wcale nie trzeba wiedzieć, czym jest "shamstep" ani czytywać Judith Butler. 


Alienowanie widza nie przekłada się na alienowanie postaci. Scenariusz pozostaje bardzo wyrozumiały dla swoich bohaterów. Nawet Max jako siła antagonistyczna nigdy nie jest portretowany jako złoczyńca. Wszelkie rozdźwięki między bohaterami to wina pochodzenia z innych środowisk i rozbieżnych priorytetów, nie żadnych wrodzonych skaz charakteru. Al-Kadhi nie zadowala się prostą dychotomią uprzywilejowany biały gej – arabska uciskana osoba niebinarna. Przeciwnie, tutaj intersekcjonalne podejście to nie wyścigi w tym, kto ma gorzej, tylko trzeźwe spojrzenie na różnorakie oblicza wykluczenia. W pewnym sensie Max jest kalką swojej kochanki. Layla ciągle performuje i bije się ze swoją rasą, ale jej queerowość w świecie filmu jest czymś niezmienialnym i immanentnym. Z drugiej strony, dla bogatego Brytyjczyka Maxa etniczno-tożsamościowe problemy są czymś zupełnie obcym, czego nie można powiedzieć o jego seksualności – wiecznie performowanej i zmieniającej się, żeby zgrabnie nawigować po korporacyjnym świecie i relacjach z sojuszniczą, ale jednak wciąż bardzo nieświadomą rodziną. 

Ekranowy świat kipi od pomysłów i kontekstów, które niestety nie zawsze udaje się spiąć w udane widowisko. Kuleją zwłaszcza relacje. O ile chemia między Laylą i jej przyjaciółmi, zwłaszcza Princy (Safiyya Ingar), wypada przekonująco, o tyle między centralnym filmowym duetem nie skrzy nic a nic. Problemem nie jest rozgrywanie niezręczności i portretowanie nieprzystawania, które ostatecznie prowadzi do rozpadu związku i utraty chemii, a to, że w scenariuszu brakuje miejsca, gdzie byłyby one w stanie w pełni wybrzmieć. Z lęku przed popadnięciem w komediową sztampę unika się romantyczno-krindżowych rozmów, które stanowią serce gatunku. Zastępują je niezręczne słowne potyczki gdzieś między pseudointeligentnymi wycieczkami a przestarzałym, tumblrowym humorem. Czuć tutaj dużo wątpliwości, filmowy świat raz próbuje rozeprzeć romcomową heteronormę, żeby zaraz próbować z niej kompletnie uciec jak od wstydliwego sekretu.  


Wstyd względem gatunku odbija się również na narracyjnej strukturze. Al-Kadhi tak bardzo zafascynowany jest wizją queerowania komedii romantycznej, że wątkowi romantycznemu poświęca większość stuminutowego metrażu. Jednocześnie romans okazuje się jedynie tematem pobocznym, pretekstem do samopoznania oraz pogodzenia się z własną rodziną – tak jakby sama komedia romantyczna nie była dostatecznie szlachetna. Kiedy w tle gra "Aoede" libańskiego zespołu Mashrou Leila (pierwszy raz, kiedy Layla występuje w dragu do arabskiej muzyki), na ekranie zachodzi przemiana. Protagonistka wreszcie przejmuje kontrolę nad własną tożsamością, pod płaszczykiem delikatnej autoorientalizacji scala to, co brytyjskie, palestyńskie i queerowe. Przemiany tej nie obserwuje już Max, ale siostra. Wątek rodzinny, traktowany przez większość seansu po macoszemu, okazuje się kluczowy. Tej ideowo zgrabnej klamrze brak jakiegokolwiek ugruntowania w scenariuszu, zostaje tylko niedosyt. 


Rytm Layli wybija zbijanie się sprzeczności, na których styku rodzą się nowe tożsamości – zwykle pokryte brokatem i cekinami. Przebija się tutaj radosne i nieco popowe podejście do teorii performatywności. Jasne, całe życie to występ (mógłbym zacytować Rupaulowskie "You’re born naked and the rest is drag", ale czuję, że reżyser by mnie za to pożarł), ale to znaczy tylko tyle, że masz nad nim pełną kontrolę. Trochę szkoda, że tego podejścia nie udało się przekuć w pełną reżyserką kontrolę nad gatunkową zabawą, która nierzadko zwyczajnie wybija z rytmu. Nieprzypadkowy wydaje się wybór piosenki Mashrou Leila jako tła dla filmowego klimaksu.

Członkowie zespołu byli przecież jednymi z najgłośniejszych głosów w obronie społeczności LGBTQ w Lewancie, a w samej nazwie kryje się pewna sprzeczność czy dwuznaczność. Mashrou Leila można rozumieć jako projekt (jednej) nocy albo projekt Leyli. Tak samo jest z tym filmem. Może to być tożsamościowy projekt Layli, monumentalny przykład zbierania i budowania własnej tożsamości. Może to też być po prostu jednonocny projekt – pełen partyzanckiego uroku i dobrych pomysłów, które rozmywają się w niedociągnięciach i pospiesznie pociągniętych wątkach. 
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?