Recenzja filmu Sorry We Missed You (2019)
Ken Loach

Przesyłka uszkodzona

 "Sorry We Missed You" to również opowieść o erozji rodzinnych więzi. I jest to wykorzystana szansa – zarówno pod względem scenariopisarskim, jak i reżyserskim. Dzięki kameralnym, świetnie ...
Filmweb sp. z o.o.
Przychodzi pracownik do właściciela firmy transportowej i mówi: "mam swoją godność". A wyszczerzony w wilczym uśmiechu właściciel firmy transportowej na to: "potrzymaj moje piwo". Ken Loach, odcinek 4568.

Wybaczcie, jeśli zbyt mocno tłukę w bębny sarkazmu. Jednak definicja kina autorskiego, według której reżyser "przez całe życie kręci jeden film", jest rozumiana przez Brytyjczyka nieco zbyt dosłownie. "Sorry We Missed You" to kolejny przyzwoity, empatyczny oraz szlachetny obraz w jego dorobku, który najpewniej zleje się w jedna masę z dziesiątkami podobnych – od interwencyjnego "Polaka potrzebnego od zaraz", po nagrodzonego Złotą Palmą "Ja, Daniel Blake". Myślę też, że – o ile nic się nie zmieni – kiedyś będziemy nazywać je kolektywnie "późnym Loachem". 

Tyle gorzkie żale. Całość znów ogląda się bez bólu, co ma związek nie tylko ze wspomnianą empatią – wizytówką twórcy "Kes" od ponad pół wieku – ale i z kapitalnym rysunkiem bohaterów, z którymi łatwo sympatyzować. Ricky (debiutujący na ekranie Kris Hitchen) to ciężko pracujący facet z Manchesteru, który próbuje rozkręcić w Newcastle własny biznes, lecz póki co musi strategicznie podpiąć się pod dostawczą franczyzę. Jego żona Abbie (Debbie Honeywood, również debiutantka) jest opiekunką starych, schorowanych i zniedołężniałych – z wywieszonym językiem gania po całym mieście, z trudem znajdując chwilę dla bliskich. No i dzieciaki: rezolutna i beztroska jak wiosenny poranek Liz Jane (Katie Proctor) oraz wchodzący w wiek burzy i naporu nastolatek Seb (Rhys Stone). Dzięki subtelnej kronice ich codziennej rutyny (kolejna ze specjalności reżysera), bez trudu wierzymy w miłość bohaterów. A także w to, że zatrudniając się w rządzonej twardą ręką firmie przewozowej, Ricky trąca palcem pierwszą kostkę domina. 

To, co następuje później, jest klasyczną nowelą o wyzysku klasy pracującej przez bezduszny system. Stały scenarzysta Loacha, Paul Laverty, opowiada takie historie wybudzony w środku nocy i, niestety, trochę czuć tutaj, że kino społeczne ma dokładnie tyle samo klisz, co komedie romantyczne oraz filmy karate. Pracodawca Ricky'ego wspina się na wyżyny chamstwa, drogówka nie daje spokoju, klienci traktują bohatera jak upierdliwą muchę, a za rogiem czają się gotowe do kradzieży zbiry z pałkami. Trzeci akt to już w ogóle remake "Księgi Hioba" oraz emocjonalna manipulacja na poziomie pozytywistycznej noweli. 

Na szczęście "Sorry We Missed You" to również opowieść o erozji rodzinnych więzi. I jest to wykorzystana szansa – zarówno pod względem scenariopisarskim, jak i reżyserskim. Dzięki kameralnym, świetnie napisanym scenom w mieszkaniu Krisa i Abbie, eleganckiej inscenizacji kolejnych etapów ich związku oraz doskonałym rolom całego kwartetu bohaterów, film zachowuje szlachetny, neorealistyczny charakter. Nie są to może "Złodzieje rowerów", jak sugerują niektórzy, lecz skłamałbym, pisząc, że film nie zostawia nas momentami ze złamanym sercem. Obserwując, jak kolejni loachowscy everymani próbują utrzymać się na powierzchni, a przy okazji ocalić godność, rodzi się w sercu ten rodzaj gniewu, o który chyba chodziło.   
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły