Recenzja filmu Z najwyższego szczytu (2017)
Serge Hazanavicius

Rozważny i romantyczny

Przesycony marzycielską nostalgią kinowy debiut Hazanaviciusa jest w rezultacie filmem, który przyjemnie się ogląda, bo napełnia widzów pozytywną energią. Niestety efekt ten jest krótkotrwały, ...
Filmweb sp. z o.o.
Kochacie białe szaleństwo, ale z różnych przyczyn sami nie możecie mu się oddać? "Z najwyższego szczytu" jest w takim razie właśnie dla Was. Serge Hazanavicius opowiada bowiem baśń, ubierającą w atrakcyjne obrazy marzenia o nieokiełznanej wolności, jaką daje brawurowa jazda po stromych górskich stokach wśród zapierających dech w piersiach pejzaży. Tym, którzy sami uprawiają sporty ekstremalne, wizja francuskiego reżysera wyda się z całą pewnością bardzo naiwna. Ci jednak, którzy mogą tylko za pomocą ekranowych doznań przeżyć namiastkę tego, co daje pokonywanie granic, wyjdą z kina zadowoleni.

photo.title

Głównym bohaterem jest Scott Ferret, młody fan zimowych sportów ekstremalnych (w tej roli Kev Adams), który ma talent i odwagę, ale któremu brakuje doświadczenia. Pewnego dnia spotyka swojego idola, słynnego Pierricka Lefranca (Vincent Elbaz). Ten, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i zachęcie ze strony żony, zostaje mentorem Scotta. Dalej czeka nas standardowa opowieść o uczniu i nauczycielu. Są więc obowiązkowe sceny umacniającej się między nimi przyjaźń, która zostaje wystawiona na ciężką próbę przez ambicje i brak cierpliwości młodego bohatera. Jest zachłyśnięcie się sławą i sukcesami, co prowadzi do bolesnej lekcji pokory i próby pozbierania się. Schematyczność filmu zdaje się być zamierzona. Hazanavicius opowiada w końcu starą jak człowiek historię o marzeniach osiągania niemożliwego.

Pragnąc ożywić sny o potędze, reżyser dużą wagę przyłożył do strony wizualnej. Zadaniem operatora, Rémy'ego Chevrina, było pokazanie gór jako dzikiej i nieokiełznanej krainy, która porusza duszę człowieka. Oglądając zachwycające plenery, mamy sami poczuć pragnienie porzucenia bezpiecznego fotela kinowego, założenia nart (czy też deski snowboardowej) i poszusowania w dół niekończącej się śnieżnej bieli.

photo.title

Kev Adams z kolei tryska energią, młodzieńczą brawurą, stając się uosobieniem awanturniczego ducha, który zawsze pcha człowieka do łamania zakazów i kuszenia losu. Vincent Elbaz z kolei personifikuje dojrzałość i mądrość zdobytą poprzez osobiste doświadczenie i konfrontowanie się z ograniczeniami ludzkiego ciała. Reżyser zadbał o to, żeby między tą dwójką wytworzyła się silna ekranowa chemia. W ten sposób film stał się też opowieścią o męskiej przyjaźni, o relacji mentor-uczeń, która nie jest jednostronna, lecz przynosi korzyści wszystkim. Jak cała reszta, tak i ta więź ma charakter fantazji – czegoś, za czym widzowie mogą tęsknić.

Przesycony marzycielską nostalgią kinowy debiut Hazanaviciusa jest w rezultacie filmem, który przyjemnie się ogląda, bo napełnia widzów pozytywną energią. Niestety efekt ten jest krótkotrwały, ponieważ nic w bohaterach ani ich historii nie wyróżnia się na tle setki podobnych opowieści. Bardzo szybko wspomnienie o nim zniknie przysłonięte przez bardziej wyraziste i fabularnie ciekawsze produkcje.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 20% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły