Recenzja filmu Kod nieśmiertelności (2011)
Duncan Jones

Symulator reinkarnacji

"Kod nieśmiertelności" to rasowe kino SF, stawiające kluczowe dla gatunku pytania.
Filmweb sp. z o.o.
Pociąg. Obca kobieta, która zachowuje się, jakby znała cię pół życia. Sean – imię, które nic ci nie mówi, a którym wszyscy się do ciebie zwracają. W lustrze twarz, która nie jest twoją twarzą. Zanim zdążysz się zorientować, mija 8 minut i świat eksploduje. Odzyskujesz swoją tożsamość, ale niewiele więcej. Nie wiesz, gdzie jesteś i jak się tu znalazłeś. Przeżycia z pociągu okazują się cudzymi wspomnieniami, wspomnieniami osoby, która już nie żyje, została zabita w zamachu terrorystycznym. Twoim zadaniem jest wracać do tych wspomnień raz za razem, by ustalić tożsamość zamachowca. Jeśli uczynisz to na czas, uratujesz Chicago przed katastrofą  nuklearną. Nazywasz się Colter Stevens i jesteś uczestnikiem eksperymentalnego, ściśle tajnego programu pod kryptonimem Kod nieśmiertelności.

Po znakomitym debiucie zrobionym za grosze, Duncan Jones dostał większy budżet i szansę udowodnienia, że "Moon" nie był przypadkiem. Szansę tę w pełni wykorzystał, realizując "Kod nieśmiertelności", swoistą kontynuację debiutu. O ile bowiem w "Moon" Jones zadawał pytania o to, co znaczy być człowiekiem, o tyle w "Kodzie nieśmiertelności" zastanawia się nad tym, czym jest rzeczywistość.

Główny bohater filmu, grany przez Jake'a Gyllenhaala, skazany jest na życie we wspomnieniach ofiary eksplozji bomby w pociągu. Po każdym takim życiu jego poczynania są oceniane i jeśli nie są satysfakcjonujące, musi wrócić jeszcze raz. I tak w kółko, aż wykona zadanie. Taka konstrukcja fabuły "pożycza" sporo z idei reinkarnacji. Jedyną różnicą jest brak amnezji (poza pierwszym razem). Jones pokazuje zatem naszą egzystencję jako labirynt, z którego musimy odnaleźć wyjście w określonym czasie. Jeśli popełnimy błędy, jeśli nie zrealizujemy powierzonego nam zadania, po śmierci czeka nas konieczność powrotu do tego żywota i tak aż do odnalezienia wyjścia.

Jednak Jones idzie jeszcze dalej. Jak jest w kółko Colterowi powtarzane, to, czego doświadcza, jest tylko wspomnieniem. Jednak reżyser każe nam (i bohaterowi) w to wątpić. Czym są wspomnienia zmarłego? Jakim cudem Colter może wyjść poza ramy doświadczeń zmarłego z tych 8 minut? Bohater może na przykład wysiąść z pociągu na wcześniejszej stacji i dopóki aparatura jest włączona, rzeczywistość trwa, choć przecież powinna się zawiesić lub być pustą przestrzenią. Jones zachęca nas do spekulacji na temat płynności granic tego, co realne, i kwestionowania oczywistego założenia, że jest tylko jedna "prawdziwa rzeczywistość". Ba, reżyser niemal wprost stawia pytanie o to, co to znaczy "prawdziwa rzeczywistość" i czy obiektywność w ogóle istnieje, czy może jest to tylko zbiór nakładających się subiektywnych doświadczeń.

Jak widać "Kod nieśmiertelności" to rasowe kino SF, stawiające kluczowe dla gatunku pytania. Pod względem rozrywkowym film robi nieco mniejsze wrażenie. Głównie za sprawą wtórności niektórych rozwiązań fabularnych. Więcej w nim  podobieństw do "12 małp" i "Deja Vu" niż elementów typowych dla unikalnego stylu reżysera. Dodatkowo obraz ujawnia romansowe skrzywienie Jonesa, który siłą napędową narracji czyni uczucie mężczyzny do kobiety. W "Moon" nie rzucało się to jeszcze tak w oczy. Na szczęście Gyllenhaal i Michelle Monaghan tworzą całkiem zgraną parę, stąd wątek miłosny nie irytuje aż tak bardzo. Koniec końców "Kod nieśmiertelności" okazał się satysfakcjonującą rozrywką.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (247 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię