Recenzja filmu Green Book (2018)
Peter Farrelly

Wyjazd integracyjny

W "Green Book" – jak w każdym dobrym filmie drogi – podróż nabiera symbolicznego znaczenia. Daje postaciom okazję, by przewartościować dotychczasowe życie, zrewidować poglądy, nawiązać ...
Filmweb sp. z o.o.
Najlepszą recenzją "Green Book" są brawa, które rozległy się kilka tygodni temu po przedpremierowym pokazie w jednym ze stołecznych multipleksów. Wstęp na seans był płatny, na sali nie pojawili się twórcy ani przedstawiciele dystrybutora. Mimo to publika postanowiła spontanicznie podziękować za dobrą energię, jaką naładowała ich oparta na faktach opowieść o nietuzinkowej przyjaźni. Z komediodramatu Petera Farrelly'ego wychodzi się z uśmiechem od ucha do ucha, w głębokim przeświadczeniu, że świat – wbrew temu, co twierdził niegdyś Franc Maurer – jest do przyjęcia nawet na trzeźwo. Chyba żaden film od czasów "Nietykalnych" nie roztapiał widzowskich serc z równą skutecznością.

photo.title


Skojarzenia z francuską produkcją nasuwają się niemal automatycznie. I tu, i tu fabuła kręci się wokół dwóch mężczyzn wywodzących się z odległych, obcych klasowo światów. Donald Shirley (Mahershala Ali) opływa w dostatek. Dla Anthony'ego "Wargi" Vallelongi (Viggo Mortensen) każdy dzień to walka o garść dolarów na czynsz i jedzenie. Pierwszy jest wytwornym erudytą z tłumem adoratorów oklaskujących jego talent muzyczny. Drugi idzie przez życie, taranując przeszkody przy pomocy żelaznych pięści i ulicznego sprytu. Pierwszy jest potwornie samotny, u boku drugiego stoi wielka, hałaśliwa, kochająca rodzina.

Last but not least, bohaterów dzieli także kolor skóry. W "Green Book" ma on kluczowe znaczenie – akcja filmu rozgrywa się bowiem w Ameryce lat 60., gdy dyskryminacja rasowa była czymś równie naturalnym jak oddychanie. Kiedy więc Don postanawia wyruszyć w trasę koncertową po głębokim Południu, kolebce rasizmu, zaniepokojona wytwórnia płytowa zatrudnia "Wargę" jako jego szofera i ochroniarza. Na wszelki wypadek panowie pakują do walizki tytułową książkę – poradnik dla wędrujących po kraju Afroamerykanów. Można się z niej m.in. dowiedzieć, gdzie spać i stołować się, aby uniknąć nieprzyjemnych incydentów. Nie łudźcie się jednak: przewodnik nie uchroni pary przed czyhającymi na każdym rogu kłopotami.

photo.title

W "Green Book" – jak we wszystkich dobrych filmach drogi – podróż nabiera symbolicznego znaczenia. Daje postaciom okazję, by przewartościować dotychczasowe życie, zrewidować poglądy, nawiązać wartościowe relacje.  Słowem, stać się lepszym człowiekiem. Lekcje, które mają do odebrania bohaterowie oraz widownia – na temat nietolerancji, szkodliwych stereotypów, ale również potrzeby zaakceptowania własnych korzeni – zostają przekazane z humorem i wdziękiem. Farrelly – niegdyś specjalista od niegrzecznych komedii w stylu "Głupiego i głupszego" oraz "Sposobu na blondynki" – nakręcił film do bólu poprawny politycznie, a przy tym lekki, uroczy, mądry. Bijąca z ekranu pozytywna aura każe przymknąć oko na przewidywalny rozwój zdarzeń i po prostu cieszyć się podróżą w towarzystwie Tony'ego oraz Dona.

photo.title

Olbrzymia w tym zasługa odtwórców głównych ról. Zmierzający po drugiego Oscara Ali łączy na ekranie arystokratyczny majestat z emocjonalną kruchością. Jako schowany w niewidzialnym pancerzu, "zbyt czarny dla białych, a dla czarnych za biały” Shirley  po mistrzowsku sygnalizuje ciche dramaty bohatera. Jeszcze lepszy jest Mortensen występujący na przekór dotychczasowemu emploi mrocznego introwertyka. Grany przez niego rozgadany, nadekspresyjny i rozczulający Vallelonga pełni w filmie funkcję silnika napędzającego karuzelę żartów. We wspólnych scenach aktorzy przypominają tandem doskonale uzupełniających się jazzmanów. Są tak przekonujący, że nawet gdy zajadają się tłustym kurczakiem w panierce, ma się ochotę od razu stanąć w kolejce do KFC. Palce lizać!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (100 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)