Recenzja filmu Błękitny latawiec (1993)
Zhuangzhuang Tian

Złowrogi cień Lewiatana

Gdy Tian kręcił "Błękitny latawiec", musiał wiedzieć, a przynajmniej przeczuwać, że spotkają go za to konsekwencje. Umieścił wprawdzie na pierwszym planie nie wielką historię i dzieje narodu, ...
Filmweb sp. z o.o.
Liczby mogą zdemaskować każdy ideał, w tym rewolucyjny, ale to sztuka sugestywniej opowiada o grozie i upadku, do których prowadzą państwowe idolatrie. Zhuangzhuang Tian nie jest akademikiem, tylko artystą, posłużył się obrazem (filmowym), nie liczbami – dla ryzyka, którego się podjął w 1993 roku nie miało to jednak pewnie większego znaczenia. I w nauce, i w sztuce prawda była w Chinach nie do przyjęcia. Gdy Tian kręcił "Błękitny latawiec", musiał wiedzieć, a przynajmniej przeczuwać, że spotkają go za to konsekwencje. Umieścił wprawdzie na pierwszym planie nie wielką historię i dzieje narodu, tylko losy pewnej chińskiej rodziny, a narratorem uczynił dziecko, ale oddalenie od kwestii politycznych jest pozorne. W istocie poruszył kluczowy wątek: niemożności pogodzenia ekspansywnej ideologii, podporządkowującej ludzi państwu, ze szczęściem i zdrowiem najmniejszej i najważniejszej wspólnoty w życiu człowieka – rodziny.

Zaczyna się szczęśliwie, od ciepłych scen z życia dwojga młodych ludzi, nauczycielki Shujuan (Liping Lu) i bibliotekarza Shaolonga (Quanxin Pu), oraz ich małego synka Tietou (Wenyao Zhang i Xiaoman Chen), który jest zarazem głównym bohaterem "Błękitnego latawca" i jego narratorem, przy czym retrospektywna narracja nie pojawia się w filmie często. Rodzina mieszka w Pekinie lat 50. i 60., dalekim jeszcze od metropolii, jaką stał się w ostatnich dziesięcioleciach. Miasto nie jest jednak bohaterem dzieła, większość scen nakręcona została we wnętrzach i na uliczce, przy której mieszka Tietou. Życiu filmowych postaci od początku towarzyszą w tle propaganda partyjna i ideologia, a kameralność i spokój kontrastują ze scenami agitacyjnych pochodów, buntów i piętrzących się tłumów na dworcu kolejowym. Obraz mrowia ludzi tłoczących się na peronach pojawia się kilka razy w filmie. W nim szczególnie wyraża się to, co destrukcyjne i bolesne dla Tietou i Shujuan: odchodzenie najbliższych, zwykle już na zawsze. Nie bez przyczyny Tian podzielił "Błękitny latawiec" na trzy części, nadając im wymowne tytuły: "Ojciec", "Wujek" i "Ojczym".

Nazwy te zwracają uwagę – poza wpisaną w ich zestawienie zmienność losu – na dziecięcą perspektywę. Posłużenie się nią było bez wątpienia przemyślanym zabiegiem reżysera. Nie mógł się on co prawda łudzić, że w ten sposób film zostanie zaakceptowany przez władze, ale pozorny obiektywizm dziecięcego punktu widzenia pozwolił mu opowiedzieć historię bez wikłania się w polityczny komentarz i szlachetną, ale ograniczającą artystę "opozycyjność". I rzeczywiście, mimo że polityka i ideologia cały czas mają wpływ na życie Tietou i jego matki, to chłopiec nie rozumie politycznych uwarunkowań, w ogóle się do nich nie odnosi, nawet bunt w młodzieńczych latach jest przede wszystkim bezrefleksyjną próbą odegrania się na starszych. W jego obecności dorośli czasami zaczepią w półsłówkach i mimochodem o politykę, sporadycznie w złości uzewnętrznią, co naprawdę myślą, ale dla Tietou istotne jest tylko znikanie i pojawianie się bliskich.
 
Doświadczony brakiem stabilności, dla której kluczowe znaczenie ma nieobecność ojca, nie zawsze radzi sobie z emocjami, co znajduje odbicie w jego relacjach z matką, drugą najważniejszą postacią w filmie. Tietou ją kocha, ale nie zawsze potrafi to wyrazić, nie do końca też rozumie, dlaczego była zmuszona związać się z kolejnymi mężczyznami. Ona sama nie ułatwia mu zadania, bo chociaż jest dla niej najważniejszą osobą w życiu, to powracająca samotność i zmagania z codziennością sprawiają, że ma czasami kłopoty z trafnym odczytaniem kłębiących się w milczącym Tietou uczuć i rani go słowami. Ich relacja to tyleż apologia trudnego, ale głębokiego uczucia między matką i dzieckiem, co i oskarżenie wobec tych, którzy doprowadzili do rozpadu rodziny.

Tian nie musiał wałkować non stop wątku politycznego czy społecznego – nawet gdy przedstawia trudności w życiu rodzinnym bez ostentacyjnego wskazywania palcem winowajcy i w bardzo kameralnej oprawie, sprawca nieszczęścia jest znany. To ideologia, partia, państwo. "Oddajcie cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie" – przypominają się słowa Jezusa wypowiedziane do faryzeuszy. W pierwszym rzędzie mówią o obowiązkach zwykłych ludzi, poddanych, a dzisiaj – obywateli, ale zarazem wskazują też na obowiązek rządzących. W "Błękitnym latawcu" religia jest nieobecna, ale w jej zastępstwie pojawia się to, co wpisane w naturalny porządek, sankcjonowany przez to, co boskie, czyli właśnie rodzina. "Cesarz" (tutaj państwo komunistyczne) chce jednak wszystkiego dla siebie, nie szanuje rozgraniczenia różnych sfer życia, wymaga podporządkowania się ideologii, ingeruje w życie rodziny, za nic mając więzi między najbliższymi. Chłopcu pozostaje tylko tytułowy błękitny latawiec – symbol utraconego dzieciństwa, związanej z nim beztroski i radości, a także nadziei. Zbyt mało, by dać mu szczęście, i zbyt wiele, by władza mogła pozostawić to bez odpowiedzi. Za ten zarzut, za pokazanie go światu (w Cannes), Tian dostał dziesięcioletni zakaz pracy reżyserskiej w Chinach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).