Nie każdy nadaje się na rodzica. Właściwie jak tak się obserwuje ludzi na około, to można dojść do wniosku, że mało kto się nadaje. Nawet z tych, co już te dzieci mają. Założę się, że jakby istniały jakieś testy psychologiczne, które mogłyby sprawdzić, czy ktoś się nadaje do rodzicielstwa, to większość ludzi by ich nie zdała. Posiadanie dziecka to ciężka praca. Być może najcięższa z możliwych. Sztuczka polega na tym, że trzeba się całkowicie poświęcić dziecku zwłaszcza we wczesnym etapie rozwoju. Nie ma miejsca na granie w gry. Potem to już jakoś leci. Najważniejszy etap to ten, gdy latorośl jest jeszcze głupia i naiwna i nie potrafi samodzielnie myśleć. Kiedyś okres ten kończył się około 18 miesiąca życia, obecnie jest znacznie wydłużony i trwa aż do 40. O tym, jak trudno jest być dobrym rodzicem, opowiada produkcja rodem z Ameryki Południowej o tytule "Kara" z 2022 roku.
Film rzuca nas od razu w samo centrum wydarzeń. Bez żadnego owijania w bawełnę, bez żadnej gry wstępnej. Od razu towarzyszymy parze bohaterów, czyli małżeństwu Any (Antonia Zegers) i Mateo (Néstor Cantillana). Jadą oni lasem wypasioną furą i dyskutują. Jeszcze przed chwilą towarzyszył im 7-letni syn, ale już go nie ma. Wysadzili go bowiem na poboczu w ramach tytułowej kary. Zostawili go na jakieś 2 minuty i teraz postanowili wrócić po krnąbrnego bachora, który wielce ich wzburzył, zwłaszcza matkę. Problem w tym, że chłopaka nie ma, bo gdzieś zniknął. Rozpoczynają się poszukiwania. Najpierw spokojne, a z czasem coraz bardziej paniczne. Wezwana zostaje też policja. W trakcie śledztwa na wierzch zaczynają wychodzić skrywane rodzinne tajemnice.
Film "Kara" zalicza się do tych z rodzaju minimalistycznych. Mamy tutaj tylko jedną lokację, jaką jest kawałek drogi i wycinek lasu. Akcja nie przenosi nas w żaden sposób w inne miejsce. Nikła jest także ilość postaci. Ich liczbę określić można na 5,5. Główna ilość dialogów odbywa się zaś między dwójką bohaterów, czyli mężem i żoną. Policjanci, którzy później się pojawiają pełnią funkcję raczej uzupełnienia. Mamy więc tutaj do czynienia z quasi teatralnym dramatem, którego centrum jest jedna scena, która ciągnie się niejako przez cały czas trwania filmu. Zastosowanie takiego rozwiązania przez reżysera należy ocenić jako dobry ruch. Dzięki temu możemy się skupić w pełni na rozgrywającej się tragedii. Nie ma żadnych zbędnych rozpraszaczy. Taka budowa dzieła wymaga także zawsze umiejętnego rozplanowania czasu, co również twórcom udało się w sposób idealny.
Cała fabuła "Kary" prowadzi do jednego zasadniczego wniosku, który ujawniony zostaje w finale produkcji. Prawda wypowiedziana przez parę małżonków pod wpływem stresu jest do bólu szczera i nie pozostawia złudzeń. Zniknięcie ich syna służy tutaj jako katalizator tłumionych emocji. Jak to często bywa w rodzinie, żale są ukrywane i zamiatane pod dywan, lecz w obliczu ekstremalnej sytuacji zostają wylane niczym pomyje na drugą osobę. Obraz przyjmuje punkt widzenia wielu kobiet, które nie są w istocie zadowolone z roli matki. Uświadamia, że macierzyństwo to trudny kawałek chleba, zwłaszcza jeśli nie ma się w nikim wsparcia. Wpisuje się tym samym w narastający w zachodnim świecie trend odchodzenia od tradycyjnego modelu rodziny na rzecz innych celów. "Kara" to w końcu też swoisty traktat o wychowaniu i o tym jakie jego metody są dopuszczalne, a jakie nie. Gdzie leży granica cierpliwości w stosunku do krnąbrnych dzieci i w jakim stopniu ich zachowanie jest wynikiem rodzicielskich błędów.