Recenzja filmu

Kryształ (2018)
Darya Zhuk
Alina Nasibullina
Ivan Mulin

Minsk Calling

To właściwie trzy filmy w jednym: energiczny Kafka na wesoło, tragikomedia o zderzeniu kulturowym mieszczanki z prowincjuszami oraz wideoklipowa opowieść o trudach życia artystki walczącej o ...
Białoruski kandydat do Oscara, pokazywany w ramach konkursu głównego tegorocznej edycji toruńskiego MFF Tofifest, wyróżnił się na tle konkurencji. Pośród wielu tytułów ważnych, zaangażowanych problemowo ("Dziewczyna","Weldi"), ale raczej powściągliwych formalnie, film Daryi Zhukzaskakuje swoją młodzieńczą energią, będąc bliskim idei "niepokorności" festiwalu. "Khrustal" jest trochę jak jego główna bohaterka - odziana w jaskrawe żakiety i cyjanową perukę, przypomina niespodziewaną eksplozję barw pośród szarości nie-do-końca-postkomunistycznego państwa.

Velya (Alina Nasibullina) to ekscentryczna DJ-ka na co dzień pracująca w jednym z nocnych klubów Mińska. Mimo że mieszka w stolicy, ma świetne wykształcenie i potencjał na karierę prawniczą, czuje się ograniczona w mieście pełnym pomników bohaterów stalinizmu i pozostając zależna od konserwatywnej matki. Marzy jej się Chicago, miejsce narodzin muzyki house, dla niej symbol zachodniej utopii dla indywidualistów. Na skutek potknięcia w dokumentowaniu fikcyjnej pracy, która miała jej zapewnić wizę, młoda kobieta musi zapuścić się w głęboką prowincję, by dopilnować, że omyłkowo wskazani "pracodawcy" – uboga rodzina, przy odebraniu telefonu z urzędu potwierdzili jej zatrudnienie.

Tym oto torem, żywiołowa opowieść o biurokratycznych absurdach, niedaleko stojąca naszych rodzimych klasyków Barei, a opowiedziana z pulsującym rytmem elektronicznych szlagierów, przeradza się w panoramę bolączek społecznych Białorusi, dotkliwą konfrontację bohaterki z rzeczywistością. Reżyserka zdecydowała się umieścić akcję nie tak długo po ’89, ale jej intencją nie jest tu obrazek do podręcznika historii najnowszej. Chodzi raczej odniesienie do współczesności – o to, jak niewiele się zmieniło. W końcu nawet ta sama twarz świeci na ekranach z fotela prezydenckiego.
Film Zhuk, choć zachowuje lekkość, nieco traci przez nadmierną oczywistość obrazu prowincji, jaki prezentuje w środkowym i finałowym akcie historii. Postacie te, mimo prób nadania im człowieczeństwa, sprowadzają się do łatwych stereotypów. Twarze dla zaściankowości, krabiej mentalności i toksycznej męskości, służą tu jako narzędzia lekcji życia dla mieszczuchy, zmuszonej do wyzbycia się dotychczasowych złudzeń. Stawia czoła trudnej prawdzie, że niezależnie jak wyjątkowa i niepasująca do otaczającej rzeczywistości może się wydawać, kłody pod nogi na drodze do szczęścia dotyczą ją tak samo, jak każdego obywatela kraju, w którym przyszło jej żyć.

Odejście z pierwotnego miejsca akcji wiąże się też z niemal całkowitym porzuceniem wątku muzycznego, często wysuwanego na pierwszy plan materiałów promocyjnych filmu. Jak na film o DJ-ce, która połowę życia poświęca swojej pasji, jest tego house’u naprawdę mało. Na soundtracku głównie przewija się powtarzany do znudzenia hymn założycielski nurtu - "Move Your Body" Marshalla Jeffersona. Sekwencji w klubie jest niewiele, ale widać szczególnie w nich, ale i w wielu z  początkowych scen filmu, niezwykły potencjał do popisów operatorskich i montażowych, których niespełniona obietnica rzuca cień niedosytu na cały film.

"Khrustal" to imponujący debiut, dobrze sprawdzający się jako atrakcyjne i lekkostrawne "kino środka". Jedyne, czego zabrakło reżyserce do bezdyskusyjnego sukcesu, to wyważenia i rozpoznania swoich najmocniejszych stron. To właściwie trzy filmy w jednym: energiczny Kafka na wesoło, tragikomedia o zderzeniu kulturowym mieszczanki z prowincjuszami oraz wideoklipowa opowieść o trudach życia artystki walczącej o indywidualną ekspresję. Z czego tymi dwoma pierwszymi udaje mu się być połowicznie, a tym ostatnim nie jest prawie w ogóle.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Udostępnij: