Recenzja filmu

Smak pho (2019)
Mariko Bobrik
Thang Long Do
Lena Nguyen

Good Morning, Wietnam!

Można zapytać, dlaczego wybrała akurat pho zamiast japońskiego ramenu - w jej ojczyźnie to byłby przecież zupełnie inny "bohater" i równie ciekawy film. Tymczasem ma za sobą mocny debiut, ...
Ramen i pho przyjęły się u nas jako smaczniejsza odmiana niedzielnego rosołu. Podobnie odświeżająco działa "Smak Pho" na nudę polskiego kina. Znamy dobrze scenerię, aktorów i piosenki, ale całość to zupełnie inna jakość. Jakby wyglądała Warszawa, gdyby sfilmowała ją Naomi Kawase albo Hirokazu Koreeda - współcześni japońscy minimaliści, ciepło patrzący na codzienne dramaty zwykłych ludzi -pokazuje Mariko Bobrik, absolwentka łódzkiej filmówki.




W jej wizji ten sam autobus, jeżdżący w kółko po tej samej trasie w każdym serialu i filmie, nagle zbacza z drogi, ukazując perspektywę znad przedniej szyby i niepokojące oblicze kierowcy. Podobnie opatrzone już wnętrze kamienicy - urządzone sprzętami z PRL-u, ale jakbyśmy widzieli je po raz pierwszy w życiu. Nareszcie ktoś myśli barwą, kolorem! Korekcja barwna została zrobiona wyśmienicie. Gama brązów, szarości, zieleni zyskuje różowe i czerwone akcenty, zwłaszcza wiśniowy golf noszony przez głównego bohatera. Autor zdjęć Andrzej Wojciechowski i debiutująca reżyserka stworzyli wspólnie piękne obrazy. Nie ma tu nudy, trzęsiawki, banałów. Powtórzenia nadają rytm, nie ma pustych przebiegów. Jestem twórcom szczerze wdzięczna, że pozwalają zobaczyć to, co znam, inaczej. Usłyszeć zresztą też, gdyż znana polska piosenka „Konik na biegunach” przenika się z wietnamską w taki sposób, jakby złapać zupełnie nową antenę na CB radiu.




Wspominam ten sposób łączności, popularny głównie w latach 90., ponieważ "Smak Pho" wypełnia właśnie klimat tamtych czasów. Dla większości z nas może minęły, ale dla niektórych wciąż trwają, przechodząc powolną transformację. Oglądam więc ten film z myślą, czemu podobnych produkcji nie kręcono 30 lat temu - lepiej późno niż wcale. Inna kwestia, czy polscy Wietnamczycy nakręciliby coś podobnego o swoich problemach? Myślę, że nie. Ogląd z zewnątrz, proponowany przez Bobrik, ma wiele potrzebnego dystansu. Reżyserka nie manipuluje uczuciami widza, nie toczy też żadnej walki. Przygląda się zamiast podglądać, jednak robi to bardzo uważnie.



Dostajemy więc wgląd do wietnamskiej społeczności w Polsce, która reprezentuje najpierw falę emigracji z lat 80 i 90, ale szybko łączy się z innymi przybyszami z Azji, a zwłaszcza Hindusami, przybyłymi w ostatnich latach. Mimo to Polacy wciąż nazywają wszystkich "Chinolami" jak sąsiadka głównego bohatera (Aleksandra Domańska), przestraszona, że mężczyzna chce jej zrobić krzywdę. Tymczasem Long (Thang Long Do) nawet nie myśli o interakcji. Jest zagubionym ojcem, samotnie wychowującym córkę i szefem kuchni w wietnamskiej restauracji. Za sprawą nowego szefa (Wojciech Zieliński) jego życie wywraca się do góry nogami, na akceptację czego Long potrzebuje więcej czasu. Otacza się bowiem przeszłością, wielbi tradycję i nie rozumie, dlaczego córka zamiast pysznego dania woli pszenną kanapkę na drugie śniadanie. Naprawia każdą rzecz z uporem maniaka, ale lubi się go od początku do końca, gdyż naturszczyk gra tę rolę świetliście, emanując dobrocią i pokorą. Nie docenia tego Maja (Lena Nguyen), jak każde dziecko zirytowana własnym rodzicem, poza tym zbuntowana, żyjąca pragnieniem asymilacji, przebierająca się w zwykłe ciuchy w drodze do szkoły, woląca polskie dzieci od wietnamskich. Lęki tych dwojga skumulują się w wątkach...zepsutej pralki oraz podejrzewanego romansu z sąsiadką. Pewne wątki urywają się, giną bezpowrotnie jak relacja z babcią Grażynką (Bogusława Pawelec), ale nie bądźmy małostkowi. "Smak Pho" nie jest dramatem, więc wszystko skończy się gładko, nawet zbyt gładko, jak na polską normę deprechy, nerwicy i załamki.



Przy tym filmie można naprawdę odpocząć: od kiczu, braku empatii, filmowej publicystyki. Bobrik rozumie politykę jako włączanie nowych twarzy i problemów w spektrum polskiego kina. Jako Japonka opowiada o Wietnamczykach z dużym zrozumieniem, a zarazem dystansem. Nie wzbudza silnych emocji jak to było w "Hanoi - Warszawa" czy "Mojej krwi", obrazach sprzed dekady. Nie buduje też polskiego Chinatown, jak choćby w "Ślepnąc od świateł". Można zapytać, dlaczego wybrała akurat pho zamiast japońskiego ramenu - w jej ojczyźnie to byłby przecież zupełnie inny "bohater" i równie ciekawy film. Tymczasem ma za sobą mocny debiut, zapowiadający świetną karierę. Oby zawiodła reżyserkę do Cannes, podobnie jak Magnusa von Horna, innego polskiego reżysera z wyboru. Kuchnia japońsko-polska na pewno znalazłaby tam swoich smakoszy. 
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
80% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Udostępnij: