Recenzja filmu

Wszystkie nasze strachy (2021)
Łukasz Ronduda
Łukasz Gutt
Dawid Ogrodnik
Maria Maj

Site-specific

Ronduda podąża za myślą Rycharskiego, który przedkłada akt religijny – rozumiany performatywnie jako działanie – nad kontemplację. Nie chce się zamykać w świątyni zarówno Kościoła – polemizuje z ...
Instalacja typu site-specific to dzieło sztuki połączone integralnie z precyzyjnie wybranym miejscem. Jej przykładem są "Strachy" Daniela Rycharskiego – kolorowe krzyże obleczone w ubrania osób ze społeczności LGBT, które popełniły samobójstwo. Rzeźby znajdują się w rodzinnej miejscowości autora – we wsi Kurówka. Ani malowniczość krajobrazu, ani charakterystyka ukształtowania terenu nie zadecydowały o tym, że instalacja zostanie umieszczona właśnie w tym miejscu. Jej idealne dopasowanie do miejsca bierze się skądinąd – "Strachy" dialogują bowiem z tym, co wydarzyło się we wsi.

Łukasz Ronduda kontynuuje, tym razem z pomocą Łukasza Gutta, projekt niemający sobie podobnych w skali światowej. "Performer", "Serce miłości" i "Wszystkie nasze strachy" układają się w trylogię o polskich współczesnych artystach wizualnych, których biografie autor zamienia w filmowe fabuły. Na każdy z tych filmów twórca miał inny pomysł. W "Performerze" kurczowo trzymał się metafikcji tworzonej przez bohatera – Oskara Dawickiego. W "Sercu miłości" postawił na kreatywną stylizację. Natomiast jego najnowsze dzieło jest w największej mierze realistyczne, najczystsze, najbardziej przy tym precyzyjne. Takiego podejścia wymagał bowiem temat – by odpowiednio wybrzmiał i aby nic nie przytłumiło pulsującego w nim bólu.

Głównym bohaterem jest Daniel Rycharski – artysta z Kurówka, bardzo zżyty z lokalną społecznością wiejską, żyjący tam z babką pośród pól, gospodarstw i świętych obrazków. Mimo to już na pierwszy rzut oka wyróżnia się na tle wiejskiej szarzyzny. Ma pofarbowane na blond włosy, błyszczący kolczyk w uchu i cały czas chodzi w vintage dresie z ostentacyjnie przyszytym, jak mówi babcia, LGBT-em, czyli tęczowym lampasem. Przed nikim nie ukrywa również swojej orientacji seksualnej.

Jest członkiem parafialnej oazy, przykładnie chodzi na niedzielne msze święte, angażuje się w sprawy wsi, jeździ jak wszyscy na blokady dróg w obronie wspólnych interesów. Dlatego reszta mieszkańców Kurówka go akceptuje, choć widzą w nim ekscentryka, którego nie traktuje się do końca serio. Sytuacja zmieni się radykalnie, gdy pewnego dnia zaprzyjaźniona z nim dziewczyna z okolic – również należąca do środowiska LGBT – popełni samobójstwo. W tym momencie wszyscy się od niego odwrócą, a matka zmarłej powie, że to jego wina, bo "nawkładał jej do głowy wszystkie te głupoty".

I najbardziej zaskakujące jest być może to, że Daniel faktycznie czuje się winny, a przynajmniej współwinny – bo wie, że nie zrobił wszystkiego, by wspomóc ją w walce ze społecznym piętnowaniem ze strony agresywnych rówieśników. Właśnie dlatego postanawia zorganizować drogę krzyżową w intencji zmarłej – by wszyscy, na czele z nim, odbyli pokutę i poczuli ciężar swoich win. Właśnie krzyż znajduje się w centrum filmu. Zarówno ten dosłowny – religijny artefakt wykonany z drewna, jak i symboliczny – znak cierpienia i ofiary. Rycharski dostrzegł w dziewczynie figurę chrystusową, która jak Jezus wzięła na swoje barki zbyt wielki ciężar naszych win, pod którym upadła.

Choć duet Ronduda / Gutt, razem ze współscenarzystą Michałem Oleszczykiem, konsekwentnie budują fabułę, precyzyjnie rozpisują dramaturgię i płynnie opowiadają, to okazuje się, że to nie snuta historia jest w filmie najważniejsza. Wydaje się ona istotną, ale tylko ilustracją, która ma na celu przedstawić postać Rycharskiego – człowieka paradoksalnego, który według medialnych dyskursów nie ma prawa istnieć, bo jest jednocześnie praktykującym katolikiem (i to katolikiem tradycyjnym, wyrastającym z gruntu ludowego) oraz jawnym (i także praktykującym) homoseksualistą. W artyście Ronduda dostrzegł symbol nadziei na to, że da się pogodzić to, co pozornie znajduje się pod dwóch stronach fundamentalnego dla współczesnej polskiej kultury sporu.

Rycharski to także symbol tożsamościowej szczerości, w której na zasadzie synkretyzmu bez konfliktu potrafią istnieć elementy z różnych światów. Ronduda wydobywa i wystawia do oglądania przestrzeń wrażliwości, o której być może wielu nie miało pojęcia. Sprawia, że widoczna staje się nowa duchowa rzeczywistość – dla niektórych szokująca, a przecież podzielana przez wielu. Już sam gest oświetlania ma ogromną wartość społeczną, ale twórcy na tym nie poprzestają. Ponieważ tworzą pozbawiony akademickiego zadęcia intelektualno-emocjonalny traktat o etyce, metafizyce i estetyce.

W obiektywie Rondudy i Gutta Rycharski jest człowiekiem absolutnie samotnym. Choć wydaje się należeć do Kościoła, do wspólnoty wiejskiej i społeczności LGBT – potrafi odnaleźć się zarówno na nabożeństwie, jak i w warszawskim klubie dla gejów podczas występu drag queen – to tak naprawdę nigdzie nie jest u siebie. Proboszcz omija go szerokim łukiem przy rozdawaniu komunii, stołeczni intelektualiści posądzają o syndrom sztokholmski, a ojciec wyrzeka. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, jego jedynymi bliskimi są babcia i Jezus, do którego modli się na własnoręcznie zrobionym różańcu z tabletek prozacu.

Rycharski jest równie nierozumiany jak wykonany przez niego krzyż z drzewa, na którym powiesiła się młoda dziewczyna. Kurator z warszawskiej galerii widzi w religijnym artefakcie "mocne" dzieło sztuki, którego miejsce jest na wystawie. Rycharski jednak woli krzyż chwycić i ruszyć z nim ulicami stolicy w jednoosobowej drodze krzyżowej, by w ten sposób wyznać zarówno własne winy, jak i wyrazić solidarność z wszystkimi prześladowanymi ze względu na swoją orientację seksualną.

Ronduda podąża za myślą Rycharskiego, który przedkłada akt religijny – rozumiany performatywnie jako działanie – nad kontemplację. Nie chce się zamykać w świątyni zarówno Kościoła – polemizuje z ziemskimi powiernikami chrystusowych tajemnic – jak i sztuki, w galerii. Ani w jednej, ani w drugiej nie odnajduje bowiem Boga, w którego wierzy – jego Bóg, zgodnie z prawdami wiary chrześcijańskiej, jest między ludźmi, w miłości. 

W jego sztuce nie ma nic z kalkulacji, jest szczerym wyrazem jego własnego, skomplikowanego wnętrza – duchową rozmową z Bogiem, wyznaniem żalu za grzechy i poruszającym aktem solidarności z wszystkimi cierpiącymi. Jednocześnie to sztuka wchodząca w spór z dyskursem społecznym, podważająca utarte schematy, uwrażliwiająca, otwierająca oczy i kłująca w nie. Sztuka, która ma sens tylko tu i teraz. W Kurówku, w którym bulgocze od gniewu, a lęk przed innym zaślepia serca. W Kurówku, czyli w Polsce. 
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
68% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).