Parę słów o serialach

Do pierwszego odcinka usiadłem bardzo niechętnie i zupełnie bez przekonania. Negatywne nastawienie ustąpiło już po kilkunastu minutach. Ale nie o tym będzie mowa. Przypadkiem się złożyło, że „Punkt widzenia” zbiegł mi się z jakimś bieżącym/współczesnym serialem w telewizji, który obejrzałem dla towarzystwa. Oba seriale traktowały o ludziach i ich sprawach bieżących, dlatego porównałem je. Wniosek jest żenujący.

Codzienność, którą wypełnia się odcinki seriali współczesnych, tych z XXI wieku, jest sztuczna. Jest masą syntetyczną stworzoną w celach marketingowych. To przykre, bo w każdym odcinku „sprzedaje” się widzom piękne meble kuchenne, drogie zestawy garnków, „proponuje” zakup nowych ciuchów, albo podpowiada jak żyć wygodniej. To co serwowane jest we współczesnej telewizji z metką „serial” nazwałbym krypto/tele sprzedażą. To przykre, bo w porównaniu do „Punktu widzenia” współczesne seriale są fikcją, w której drażni fałsz, mielizna intelektualna i minoderyjność. Odcinki dekoruje się ludźmi znanymi, z tego, że są znani. Fabuła jest nieistotna, byleby kolorowe migawki przyciągały jak najwięcej ludzi. Nic więc dziwnego, że dzisiaj serial jest słowem nacechowanym pejoratywnie. Stare seriale były pełnowartościowymi produkcjami, w stylu filmów wieloodcinkowych. Dzisiejsze porównałbym do pustych kalorii.

„Punkt widzenia” wyróżnia szczerość przekazu i niebanalna fabuła. Jest grupa studentów, pełna radości, ideałów, marzeń, która lada chwila wkroczy w świat dorosły. Na drodze pojawiają się pierwsze przeszkody: przypadkowa ciąża, problem z mieszkaniem, układy na uczelni, choroba ojca, kryzys małżeński. Janusz Zaorski nie bał się dotykać problemów niewygodnych, zaś o rzeczach trudnych nie mówił banałami. Jest w „Punkcie widzenia” np. ojciec Marii (Jerzy Bińczycki), który zawodowo zajmuje się tłumaczeniem bajek dla dzieci. Rodzina patrzy na jego profesję trochę z pobłażaniem. Miał być poetą, drukować go miały wszystkie gazety, a przesiaduje z „malowankami” w podrzędnej restauracji. Jest jego córka Maria, która miota się, szukając miejsca w życiu. Dotyka ją codzienność: mało ambitna praca, niewygody mieszkania z rodzicami, brak intymności. Swoją bezradność wykrzykuje mężowi (Bogusław Linda), który jest za to postacią bardzo prostolinijną i ułożoną. Marię dobija czasami jego uległość, to że tak łatwo godzi się z tym co niesie los. Kłócą się i przepraszają. Serial pokazuje jak oboje oswajają się ze swoimi wadami, jak rodzi się między nimi przyzwyczajenie, ale również jak bardzo są sobie potrzebni.

Warto zwrócić uwagę na realizację, która jest oszczędna, w dokumentalnej formie. Scenom daje się czas, aby naszły smakiem. Ciszy nie zakłóca się niepotrzebną muzyką. Całej serii towarzyszy niebanalny utwór muzyczny, z tekstem który zapada w pamięć.

Pytanie: dlaczego utarło się, że serial to ma być błahostka, którą ogląda się do herbaty, dla uspokojenia, dla poprawy nastroju. Kto wykreował tę współczesną serialową mentalność, kiedy w trudnej sytuacji, mówi się: „Napijmy się herbaty, a wszystko się jakoś ułoży.”? „Punktu widzenia” nie można zatem nazwać serialem. W życiu czasem się nie układa.

10

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię