ncreep

nie podano imienia i nazwiska

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Bo fajne są filmy zagraniczne... ;)
| 1 zdjęcie | 26 komentarzy
I tutaj musiała nastąpić podmiana pierwotnego tematu. Uznajmy zatem, że obecnie temat ten służy jako miejsce do polecania sobie filmów i rozmów na ich temat. Gdybyście zatem drodzy odwiedzający chcieli zarekomendować jakiś tytuł, nie wahajcie się tego uczynić. Najlepiej gdyby to był film mniej znany, który może nie zdobył szerszego uznania, ale za to głęboko wyrył się w waszej pamięci. Takie "brzydkie kaczątko", w którym wam udało się dostrzec łabędzia. Mile widziane będą również wszelkie wnioski, komentarze odnośnie dotychczas poleconych tytułów. Oczywiście zawsze możecie liczyć na rewanż z mojej strony.
Udostępnij

komentarze

Hmm właśnie szukałem jakiegos odpowiedniego tematu. może nie ten bo ten jest bez tematu ale co tam zostawie ślad po sobie.Pozdrawioam czesc

a więc zostawiam ślad po sobie :))))) i w zasadzie nie wpadłam tu przypadkowo rozglądalam się po społeczności i coś mnie podkusiło ;)
zapraszam do mnie jest tam pare tematów i miło by było jak byś pod któymś z nich zostawil ślad swojej obecności;)))))

Widzę, że mam doczynienia z prawdziwym znawcą filmowym ;) No, o mnie tego nie można powiedzieć.. Ale filmy lubię (dlatego tu jestem), ale nie zawsze mam na nie czas :((((( Pozdr. :)

To i ja zostawiam po sobie ślad :) I zapraszam na mojego bloga :) Pozdrawiam

Co prawda dostrzegłem emotikonkę na końcu wypowiedzi ale dla wszelkiej pewności wyjaśniam, że nie jestem żadnym znawcą filmowym a już na pewno za nikogo takiego się nie uważam. Nie zajmuję się zawodowo filmem ani krytyką filmową, nie uczę się tych kierunkach, nie piszę scenariuszy itp. Ja po prostu uwielbiam czerpać tę ogromną radość z obcowania z filmami - wspaniałymi układankami z obrazu i dźwięku, które potrafią wzruszać, przerażać, zaskakiwać, bawić, straszyć, prowokować do rozmyślań itd. Są oczywiście inne środki służące do opowiadania historii, wyrażania emocji, niesienia przesłania. Równie dobrze można wyrazić wszystko poprzez literaturę, sztuki plastyczne czy muzykę. Jednak do mnie tak mocno przemawia tylko kino. Zapewne dlatego, że łączy ono w sobie wszystkie pozostałe dziedziny i oferuje wspaniałą kompozycję, w której swoje dopowiada słowo, swoje obraz a swoje dźwięk. Oglądam zatem namiętnie filmy wszelkiego rodzaju i to w dość dużych ilościach. Nie dyskryminuję ze względu na gatunek, kraj produkcji, nazwisko reżysera, obsadę czy temat. Oczywiście nie wszystko jednakowo lubię, zbyt długo by jednak zajęło precyzowanie mojego gustu i zapewne nikomu nie chciało by się tego czytać ;) Mogę zatem tylko odesłać do filmów zawartych w moich w ulubionych (a zwłaszcza do tych ocenionych), stanowią one bowiem pewien ogólny szkic moich preferencji.
A odnośnie jeszcze bycia "znawcą" w materii filmowej to oczywiście posiadam pewną wiedzę na tematy techniczne, historyczne, artystyczne związane z kinem. Niemniej ciężko by ją w ogóle przyrównywać do tej, jaką posiada ktokolwiek profesjonalnie (bądź amatorsko ale aktywnie) zajmujący się filmem lub krytyką filmową. Zresztą niby po co miałbym się w ogóle z kimkolwiek porównywać ? Oglądam filmy wyłącznie dla siebie i pogłębiam swoją wiedzę w tym temacie także wyłącznie dla siebie. Dlatego też nie lubię żadnych etykietek bo to tylko puste słowa. Bywa też, że dla niektórych opinia "znawcy" to sposób na dowartościowanie się, często bowiem żarliwy krytyk to niespełniony (a przez to rozgoryczony) artysta. Ja na szczęście nie czuję potrzeby dowartościowywania się czymkolwiek. Nawet współczuję osobom, które w trakcie seansu nie mogą wręcz się powstrzymać od "rozbierania" filmu na kadry, ujęcia, sceny zamiast zwyczajnie śledzić opowiadaną historię.
Teraz jeszcze w kwestii tego co dalej napisałaś a konkretnie, że sama nie czujesz się znawczynią w dziedzinie filmów. Nie będę już powtarzał moich wątpliwości wobec samego określenia, pozwolę sobie natomiast na odwołanie do reklam Nike (tych z tancerkami z teledysków Madonny) a w zasadzie na pewną ich parafrazę. Otóż: "nie napisałaś recenzji do żadnego magazynu filmowego, nie zasiadałaś w jury żadnego festiwalu, nie napisałaś żadnego leksykonu reżyserów, nie byłaś też dyrektorem programowym żadnego kanału filmowego ale czy naprawdę ktoś może powiedzieć, że nie masz pojęcia o filmach". Średnia przeróbka, niemniej podobnie jak oryginałowi chodziło mi o to, że najważniejsza jest pasja. Jeśli tylko uwielbiasz pewne filmy to jesteś swoistą znawczynią w ich zakresie, bo trafiły one do Ciebie mocniej niż do kogoś innego. I co z tego, że jacyś krytycy filmowi mogliby na ich temat powiedzieć zdecydowanie więcej, napisać tomy analiz . Mogę nawet dać pewien przykład a mianowicie reżysera Edwarda D. Wooda Jr. lub też Eda Wooda. Koleś stworzył jedne z najgorszych filmów w historii Hollywood, jakich by nie przyłożyć kryteriów oceny - jego obrazy to szmiry. Ale mimo faktu, iż nie posiadał on talentu do robienia filmów ogromnie kochał kino i był gotów realizować swoją pasję za wszelką cenę. Efekt jest taki, że jego szmiry zyskały status filmów kultowych a o nim samym Tim Burton nakręcił wspaniały film fabularny z Johnnym Deppem w roli głównej. Zatem na koniec znów odwołam się reklam Nike: Just do it... if you love it ;)
Pozdrawiam

Dzięki wszystkim powyższym za wpis w zalążku mojej księgi pamiątkowej ;) Jak już osiągnie ona rozmiary kilkuset podstron to będziecie mieć niewątpliwą satysfakcję, że byliście pierwsi ;););) A serio to z wszystkich pozostawionych zaproszeń ośmieliłem się już skorzystać, mam nadzieję, że wasze blogi specjalnie na tym nie ucierpiały ;) Byćmoże nawet zawitam i tam gdzie nie mnie nie zaproszono ;) Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki

PS. Przyszło mi do głowy, że mógłbym nadać temu tematowi choć krztę użyteczności ;) Proponuję zatem aby każdy wpisujący mógł przy okazji (w miarę możliwości i chęci oczywiście) polecić mi jakiś interesujący, mniej znany filmik. Może to troszkę samolubne ale przecież i pozostali będą mogli skorzystać. Zresztą niechybnie się zrewanżuję.

$comment.user użytkownik usunięty

Zostawiam slad, nic ci niestety nie polece bo naprawde nie wiem co;))) jeszcze bym sie skompromitowal, i co by wtedy bylo???:p

Dzięki w ogóle za sam wpis, polecenie filmu nie jest bowiem absolutnie żadnym wymogiem. Wyraźnie napisałem: gdyby ktoś... w miarę możliwości i chęci... itd. I nie jest to tylko grzecznościowa forma ukrywająca prawdziwe intencje. Urzekł kogoś z odwiedzających jakiś film i ma chęć podzielić się tytułem to po prostu robi to. I tyle. Nie do końca rozumiem także skąd się wzięła ta obawa przed ewentualną kompromitacją. Wiem, że napisałeś/aś to z nutką ironii, ale dla pełnej jasności mogę Cię zapewnić, że wszelkie obawy są w tej kwestii zupełnie bezpodstawne. Zdaję się bowiem na indywidualny gust odwiedzającego a o gustach się przecież nie dyskutuje. Szczerze mówiąc zależy mi nawet na filmach, które umknęły uwadze szerszej widowni, nie zostały przez nią docenione, a które szczególnie mocno dotarły do nielicznych. Do tych, którzy zamiast filtrować umysłem, odbierali je serduchem i dzięki temu dostrzegli w nich coś wyjątkowego. Bo istotą każdego dzieła filmowego jest jego oddziaływanie na odbiorcę - bez odbiorcy film jest tylko sekwencją kadrów. Ale oba elementy nie stworzą jednak zgranej pary jeśli odbiorca nie będzie posiadał otwartego umysłu. Mając to na uwadze sam staram się nie dyskryminować filmów ze względu na żadne proste kategorie (typu gatunek, kraj produkcji, temat itp.), nie uprzedzam się z góry do żadnych konkretnych tytułów ani nie wyrabiam sobie zdania na ich temat przed seansem. Unikam również prostego wartościowania, zatem nawet moje oceny na Filmwebie mają charakter czysto umowny. W takiej sytuacji można spokojnie polecić mi dowolny tytuł bez obawy o jakikolwiek komentarz z mojej strony.
Kompromitacją nazwałbym prędzej wszelkie autorytarne oceny: dobry film - słaby film, które są sprzedawane w środkach przekazu (niekoniecznie masowego ;) ) jako opinie "wybitnych znawców" i następnie nagminnie powielane, nie zawsze bezinteresownie. Nigdy natomiast nie określiłbym mianem kompromitacji subiektywnej opinii współużytkownika portalu Filmweb, z którym może mógłbym się spierać, a jednak nigdy nie posądziłbym go o intencyjność. A właśnie kwestia bezinteresowności, w tak względnej materii jak ocena działa filmowego wydaje mi się kluczowa. W każdym filmie bowiem pewne elementy są oczywiste i jasne dla odbiorcy. Są to pewne wzory zachowań, archetypy utarte w świadomości społecznej. Zrozumienie innych aspektów i niuansów wymaga już pewnej specjalistycznej wiedzy, najczęściej z dziedziny psychologii, ale także chociażby literatury, muzyki czy nauk ścisłych. Są też pewne elementy nieuchwytne, abstrakcyjne, które są wyłącznie artystyczną kreacją, wyrazem marzeń, emocji i lęków twórcy lub przesłaniem dla odbiorcy ubranym w kostium środków artystycznego wyrazu. Właściwe odczytanie przez odbiorcę intencji twórcy nie jest tutaj już takie oczywiste. Nie gwarantuje tego żadna edukacja (choć oczywiście zwiększa ona szanse powodzenia), konieczny jest odpowiedni przebieg procesów myślowych (jak najbardziej zbliżony do tych twórcy). Oczywiście w takich warunkach niewielka granica oddziela interpretację od nadinterpretacji. Jak bowiem można z całym przekonaniem stwierdzić co David Lynch miał do powiedzenia w każdej kolejnej scenie "Głowy do wycierania" ? Przecież cały film to efekt projekcji jego świadomości, jego skojarzeń, tylko on sam zatem mógłby rozwikłać jego zagadkę. W sytuacji tak dużej niejasności wszelkie indywidualne intencje recenzentów mogą ich zasugerować i doprowadzić do błędnego koła, w którym nagina się kolejne fakty aby udowodnić pierwotną tezę. Oczywiście to przykład ekstremalny, w pełni autorski film wybitnego twórcy, ale stanowi on doskonały punkt wyjścia do rozważań nad zasadnością oceny w sytuacji zupełnej względności. Jak bowiem można oceniać filmy, których się nie rozumie albo rozumie częściowo?
Na szczęście (lub nieszczęście, bo odbywa to się wówczas za cenę kompromisu twórcy) większość filmów jest znacznie bardziej uniwersalna i przez to znacznie łatwiejsza w odbiorze dla przeciętnego widza. Nadal jednak istnieje duży obszar względności i niejasności. Oczywiście niemal każdy intuicyjnie odróżni poziom filmu akcji klasy B od np. "Ojca chrzestnego" i to nie tylko w kwestii jakości realizacji, gry aktorskiej, ale także istotności opowiadanej historii. Szczegółowe dociekania (odnośnie przesłania, wewnętrznych przeżyć bohaterów itd.) znów jednak prowadzą do sytuacji gdzie priorytetem staje się pełne zrozumienie intencji twórcy. Bo bez ich zrozumienia skazani jesteśmy na ich deformację przez intencje własne opiniotwórczych odbiorców, takich jak krytycy filmowi, dziennikarze. Oczywiście bezinteresowność nie jest notorycznym grzechem krytyków, ale nigdy nie ma gwarancji, że konkretna ocena nie jest efektem przyjętej z góry tezy. A motywy tendencyjności mogą być ekonomiczne, polityczne, personalne lub jeszcze inne. Kto bowiem zagwarantuje mi, że nie występuje uzależnienie konkretnej redakcji od reklamodawcy w postaci któregoś z dystrybutorów, że recenzent nie jest aktywnym piewcą własnych przekonań politycznych lub nie odczuwa osobistej niechęci do któregoś z reżyserów. Dlatego właśnie uważam, że jakiekolwiek intencje odbiorcy są szkodliwe dla właściwego odbioru filmu. Pozwolę sobie zilustrować to przykładami. Otóż piosenka T. Love "Wychowanie" stała się w swoim czasie nieformalnym hymnem zarówno polskich skinheadów jak i punków. Niby tekst ten sam, ale intencje odbiorcy w obu wypadkach inne. Drugim przykładem może być "Pojedynek na szosie" Spielberga, prosta historia walki bohatera z czystym, nieuzasadnionym złem. Obraz celowo surowy, z ograniczoną narracją, nie uniknął jednak nadętych nadinterpretacji, z których najlepsza przyrównała zmagania bohatera z kierowcą ciężarówki do walki klasowej ;) Intencje i przekonania polityczne recenzenta są chyba oczywiste, ale co ta interpretacja ma wspólnego z samym filmem ???
Na koniec apeluję raz jeszcze aby nie bać się własnej sympatii do konkretnych tytułów i polecać je innym. Chociażby mojej skromnej osobie, na tym skromnym blogu. Obejrzę, przekonam się a wnioski pozostawię wyłącznie dla siebie ;)

Sam nie wiem jak sie tu znalazlem,ale sie znalazlem.
To pomyslalem,ze cos napisze.

I polecam tez jeden film."Johnny poszedl na wojne".
mocny film,troszke stary,chyba malo popularny,ale warto znac.

Czy mozna jakos zmienic limit kontrybucji??? Ja mam teraz kolo 150 punktow, gdy Ty masz ponad tysiac. Jak to mozliwe??Wpisuje codziennie i wyczerpuje limit wiec jak to zrobic by zwiekszyc kontrybucje?

Nieważne skąd przybyłeś, nieważne w jakim celu - witam Cię wędrowcze w moich skromnych progach ;) Dzięki wielkie za tytulik, choć będzie problem z przekonaniem się o jego walorach. Ale dzięki za rozbudzenie chęci by filmu poszukać. Oczywiście fragmenty widziałem niejednokrotnie w teledysku do "One" Metalliki, ale jakoś wcześniej nie zainspirowały mnie one do poszukiwań. Teraz nie odpuszczę ;)

A sam mogę polecić troszkę nietypowy film "S.F.W." Tytuł jest skrótem od So Fuckin What i jest to hasło wymyślone przez bohatera, który ze zwyczajnego kolesia zmienia się w bożyszcze mediów dzięki temu, że był przez jakiś czas zakładnikiem w supermarkecie. Wówczas hasło będące wyrazem jego indywidualnej postawy życiowej zostaje wykreowane jako swoisty manisfest nowej nihilistycznej ideologii. Film widziałem dość dawno temu (jeszcze istniał wówczas RTL7 ;) ) i co mi utkwiło w pamięci z tamtego seansu to właśnie sposób w jaki pokazywał on tendencję do kreowania przez media trendów, pseudoideologii oraz sezonowość tych zjawisk. Trwają one bowiem tylko do czasu gdy można sprzedać nowy, ciekawszy trend. Oczywiście wszytko podane jest w luźnej formie i przyprawione świetną muzyką, w postaci doskonale dobranych kawałków potrafiących skomentować wydarzenia na ekranie, np. "Creep" Radioheada. Polecam.

A czego Ty się domagasz dziewczyno ? Żebym zdradził odwieczne sekrety, pilnie strzeżone tajemnice Filmwebu ? W ramach wyjątku mogę co najwyżej rozjaśnić nieco mroczne zasady rządzące społecznością tego portalu ;););)
Zatem do rzeczy. Sprawa limitów kontrybucji jest oczywista. Wszystkich one bezwzględnie obowiązują i nie ma możliwości ich zwiększania przez samego użytkownika. Podobno jeszcze jakiś czas temu nie było w ogóle limitów, ale obecnie są one konieczne aby kontrybucje nie czekały w rocznych lub dłuższych kolejkach. Skoro zatem limity są, liczba punktów zależy wyłącznie od tego jak je wykorzystujesz. Decyduje więc punktacja za to co dodajesz i czas kiedy to jest weryfikowane. I nie ma tutaj żadnej sekretnej metody na większą liczbę punktów - wszystko jest pochodną dwóch powyższych czynników. Ponadto wszystko się zmienia. W końcu zarówno dodający jak i weryfikatorzy nie są maszynami, pojawiają się na portalu z różną częstotliwością, o różnych porach i dodają lub weryfikują różnorodne materiały. Powstają zatem dłuższe lub krótsze kolejki, zupełnie odmienne dla odmiennych typów dodawanych materiałów. Ja jestem na Filmwebie od zeszłego lipca i w tym czasie miałem naprawdę różne doświadczenia z kontrybucjami. Mogę nawet wskazać kilka najważniejszych trendów. Otóż kiedyś decydujące były obsady, szczególnie te obfite, zwłaszcza gdy kumulowały się one z bieżącą kontrybucją. W związku z tym znacznie wyższe były zdobycze punktowe w czołówce. Jeszcze ze dwa miesiące temu miejsce pierwsze zajął użytkownik z grubo ponad 10 000 punktów, czyli gdyby nie miał wcześniej żadnych "łbów" to w ciągu miesiąca zebrałby od razu wszystkie trzy ;) To dopiero robi wrażenie. Wydaje mi się, że obecnie obsady ugrzęzły w weryfikacji, chociażby przez zmiany na portalu IMDB, który niezaprzeczalnie jest najważniejszym źródłem. Większość weryfikatorów nastawiła się natomiast na gatunki, kraje produkcji itp. , które są niezwykle proste w weryfikacji, przez co bez specjalnego wysiłku można weryfikować większe ich ilości. To jest szczególnie widoczna odmiana w stosunku do moich początków na tym portalu. Wówczas na weryfikację gatunku trzeba było czekać nawet 3-4 tygodnie a w tej chwili to kwestia 2-3 dni (bywało nawet krócej). Ale jak już wspominałem wszystko się zmienia, a żebyś sama mogła się o tym przekonać to daję namiar na blog weryfikatora C'S (http://www.filmweb.pl/User?id =162455). Podaje on bowiem w miarę na bieżąco daty aktualnie weryfikowanych materiałów w konkretnych kategoriach. Jeżeli tak bardzo zależy Ci na punktach wystarczy spojrzeć i logicznie pomyśleć co się w danej chwili szczególnie opłaca. Możesz też przecież zerknąć w filmy współtworzone przez każdego z aktualnej czołówki "Łeb w łeb" i ocenić jaka tajemnica się w nich kryje. The truth is out there... ;)

Widzę, że masz naprawdę niezły gust. To może i ja pozostawię po sobie jakiś ślad. Skoro tutaj jestem pozwolę sobie więc polecić trzy tytuły, moim zdaniem mało znane i niedoceniane : "Blask", "Oko w oko z życiem" i "Lewy Sercowy". Pozdrawiam :)

Dzięki wielkie za wpis i za polecone filmy. A czy mam dobry gust... kwestia gustu ;) Ja po prostu szczególnie cenię filmy istotne, czyli takie, które mają coś istotnego do powiedzenia, pokazania. Filmy, które potrafią mnie wzruszyć, zaskoczyć, przestraszyć, zaciekawić itd. Takie tytuły uwielbiam i do takich często wracam. Oglądam jednak również pozycje - w moim indywidualnym odczuciu - mniej wartościowe. Nie skreślam bowiem żadnego filmu przed obejrzeniem go, co najwyżej nie kończę seansu ;) Różne są także potrzeby chwili, czasami potrzebna mi jest czysta rozrywka i taką sobie funduję z pełną premedytacją ;) W kwestii gustu odnosisz się zapewne do tytułów zawartych na tym blogu w "ulubionych". Stanowią one jednak tylko pewną namiastkę moich fascynacji, nie odwiedziłem jeszcze bowiem stron wszystkich moich ulubieńców. Natomiast oceny przyznane przeze mnie poszczególnym filmom są już zupełnie umowne. Zresztą nie trudno się domyślić, widząc jak wąska jest ich skala ;)
Jeszcze raz ogromnie dziękuję za polecone filmy. Co prawda "Oko w oko z życiem" i "Lewego sercowego" miałem już okazję obejrzeć, ale "Blask" umknął dotychczas mojej uwadze. A szkoda, bo przeczytałem teraz opis na Filmwebie i wydaje się to być kolejna historia dotycząca pasji. A dla mnie osobiście pasja jest niezwykle ważną rzeczą w życiu. Uważam wręcz, że jest ona niezbędna człowiekowi aby był naprawdę szczęśliwy. Nie ważne czy tą pasją będzie zbieranie finlandzkich znaczków pocztowych, cerowanie skarpetek czy zdobywanie najwyższych szczytów świata, każdemu potrzebna jest jego własna cząstka tego świata, która dawałaby mu ogromną satysfakcję i rozbudzała chęć do życia. Dlatego też dopisuję bezwzględnie "Blask" do mojej aktualnej listy "10 most wanted" ;) Pozostałe dwa tytuły natomiast z chęcią obejrzałbym raz jeszcze. Zwłaszcza "Oko w oko z życiem", ze względu na nietypową parę bohaterów, jaką stworzyli Ricci i Gallo.
Sam rewanżuję się natomiast tylko jednym tytułem - Oddech nadziei (Falling sky). Film opowiada historię młodej dziewczyny, która z matką alkoholiczką kolejny raz przeprowadza się do nowego miasta. Jednak kolejna zmiana otoczenia zamiast dać szanse matce na odbudowanie życia, prowadzi tylko do pogłębienia się stanu degradacji i kolejnego rozczarowania córki. Co gorsza córkę zaczynają dręczyć wątpliwości czy sama nie jest obarczona dziedzicznym piętnem i tym samym skazana na porażkę. O problemie nałogu bez nadętych słów i moralizatorstwa. O trudnej miłości bez sentymentalnych wstawek. Naprawdę wzruszający film, okraszony ciekawymi, plastycznymi zdjęciami, jak chociażby te ze sceny finałowej. Polecam.

Miło, że napisaliście o "Johnny poszedł na wojnę", bo dzięki temu poznałem tytuł filmu użytego w klipie Metalliki. Pamiętam, że jako dziecko byłem pod dużym wrażeniem tego teledysku. A i film z chęcią obejrzę jeśli nadarzy się ku temu okazja.

Stosując się do Twojej sugestii, zaproponuję "Dotknięcie nocy" Stanisława Barei. Jest to jeden z pierwszych polskich powojennych kryminałów. Film więc zupełnie inny od tych, z którymi zwykliśmy kojarzyć nazwisko reżysera. Bohater filmu, biedny fotograf, wiedziony pokusą szybkiego wzbogacenia się, postanawia dokonać napadu na konwój z pieniędzmi. Film oparty został na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach 50. Na szczególną uwagę zasługuje gra Wiesława Gołasa, który wcielił się w postać milicjanta śledczego.
Jeżeli mój opis choć trochę zachęcił Cię do obejrzenia filmu, to masz ułatwione zadanie, ponieważ będzie go można zobaczyć jeszcze w marcu w Ale Kino!. Oczywiście, o ile jesteś abonentem tego kanału. ;-)

Pozdrawiam serdecznie.

Sam się nie spodziewałem, że odezwą na moją prośbę będzie taka perełka jak "Johnny idzie na wojnę". Szkoda tylko, że kiepsko obecnie z jego dostępnością. Zastanawiam się nawet czy w ogóle był on kiedykolwiek dostępny w Polsce. Póki co nie znalazłem żadnego śladu, żałuję zatem, że wcześniej nie rozpocząłem poszukiwań. Muszę jednak przyznać, że wcale nie byłem wcześniej pewien czy fragmenty w "One" pochodzą z jednego tylko filmu. Część ich jest bowiem barwna, część czarno-biała. A to przecież tylko prosty zabieg artystyczny - barwne wspomnienia i flashbacki kontra czarno-biała teraźniejszość.
Dzięki wielkie natomiast za polecony przez Ciebie tytuł. Miałem już kiedyś okazję obejrzeć ten film, jednak kojarzę tylko najważniejsze, charakterystyczne sceny, zupełnie też umknął mi z pamięci finał. Z tym większą zatem przyjemnością przypomnę sobie tę pozycję. Filmik faktycznie zupełnie niepodobny jest do tego z czym kojarzony jest Bareja a więc społeczną satyrą. Ale to tylko świadczy o tym, iż Bareja był również sprawnym rzemieślnikiem jako reżyser.
Sam natomiast polecić mogę dwa tytuły: "Amerykańskie psy" (Dogfight) oraz "Agresję" (The offence). Ten pierwszy jest mi szczególnie bliski. Początkowo film opowiada historię czwórki przyjaciół, którzy starają się wykorzystać wolne chwile przed wyjazdem do Wietnamu jak najlepiej się bawiąc. Co ciekawe każdy z nich ma nazwisko na "B", co podkreślają wytatuowanie sobie pszczoły (bee). Prawdziwych rumieńców historia nabiera jednak dopiero w momencie gdy przyjaciele zakładają się o to, który z nich przyprowadzi najbrzydszą dziewczynę na imprezę. Realizacja zakładu bowiem dla jednej z "pszczółek" skutkuje naprawdę ciekawym wątkiem miłosnym. Szczególnie interesująca rola natomiast przypada w tym wszystkim Wietnamowi, jako swoistej puencie do całości wydarzeń. W ogóle sam obraz działań wojennych jest ogromnie zaskakujący, ale więcej nie zdradzę by nie psuć ewentualnego efektu. Drugi z tytułów natomiast polecam szczególnie dlatego, że jest możliwość szybkiego zobaczenia go na Ale kino. To z kolei historia doświadczonego policjanta, który nie potrafi poradzić sobie z prześladującymi go myślami na temat koszmarnych spraw, nad którymi dotychczas pracował. Nie potrafi już znaleźć czegoś, co stanowiłoby dla jego umysłu ucieczkę od tkwiących w pamięci potwornych obrazów zbrodni. Na pewno nie pomaga mu w tym także aktualnie prowadzona sprawa, mianowicie poszukiwania zboczeńca napadającego na małe dziewczynki. Koszmar wciąż się pogłębia i to nie tylko ten w umyśle policjanta, ale i ten rzeczywisty - są kolejne ofiary. W takiej sytuacji przesłuchanie ujętego w końcu podejrzanego nie może stać się niczym innym, jak tylko punktem zapalnym, który musi wywołać wreszcie niekontrolowany wybuch agresji u policjanta. Tym bardziej, że sam podejrzany nie jest typowym przerażonym aresztantem. A wszystko podane w lekko zaburzonym chronologicznie porządku i z mieszaną narracją. Bardzo możliwe, że film już widziałeś, choćby na Ale kino. Jeśli jednak nie - warto skorzystać z najbliższej powtórki. Pozdrawiam.

Zapraszam na forum:
www.montypython.fora.pl

Wczoraj miałem okazję obejrzeć poleconą przez Ciebie "Agresję". Agresja przedstawiona jest w filmie jako reakcja organizmu na chorobę jaką jest zło. Sierżant Johnson jest zmęczony swoim życiem. Nie potrafi zapomnieć o tych wszystkich okropnościach, z jakimi stykał się podczas pracy w policji. W domu nie znajduje porozumienia z żoną, którą dawno już przestał kochać. Dręczą go wciąż te same myśli, a każda sprawa jaką przeprowadził odciska swój ślad na twarzy. I w takim momencie spotyka Baxtera - człowieka bardzo podobnego do niego. U niego próbuje znaleźć zrozumienie, potrzebuje, aby ktoś go wreszcie wysłuchał. Jednocześnie odczuwa przed nim strach. Boi się, gdyż wie, że potwornym zbrodniarzem, którego katuje, mógł być on sam. W pewnym momencie uświadamia sobie, że musi zabić, a śmierć Baxtera będzie po części śmiercią jego samego.

Co ciekawe, film znany jest również pod drugim tytułem - "Something like the truth". I ten tytuł również jest trafiony, gdyż sami nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie: „co jest prawdą?”. W głębi duszy popieramy sposób w jaki sierżant traktuje przesłuchiwanego, ponieważ odnajdujemy w takim postępowaniu sprawiedliwość za okropne czyny jakich sprawca się dopuścił. Mamy dość pobłażania, bezsilności sądów oraz tego wyrazu kpiny jaki maluje się na twarzy Baxtera. Z drugiej strony, Johnson takim zachowaniem sam upodabnia się do człowieka, którego maltretuje. A przecież nie wie nawet tego, czy jest to osoba, której szukał. Mocne kino. Dziękuję za rekomendację.

Ja zachęcam natomiast do obejrzenia „Czystej formalności” („Una pura formalità”). Na komisariat przyprowadzony zostaje dziwnie zachowujący się mężczyzna, który jest podejrzewany o dokonanie morderstwa. Początkowo bardzo niechętnie odnosi się do jakiejkolwiek współpracy, ale z biegiem czasu zaczyna o sobie opowiadać. Okazuje się, że jest on słynnym pisarzem – Onoffem i ku swojemu zaskoczeniu dowiaduje się od przesłuchującego go komisarza, iż ten jest oddanym czytelnikiem pisarza i wielkim znawcą jego twórczości. Onoff zwierza się komisarzowi ze swojego życia, dzięki czemu potrafi lepiej zrozumieć samego siebie, a także przyczynia się do rozwikłania zagadki zabójstwa… Polecam gorąco i pozdrawiam.

hmm wiesz co ?? masz niezmiernie rzadką tendecje do rozpisywania sie :) piszesz dużo nawet bardzo dużo ale wiesz co jest jeszcze lepszego???to że piszesz na temat :)pozdrawiam i dzięki za notke u mnie od kiedy pierwszy raz tu byłam nic sie nie zmieniło po za tymi zdjęciami:)))

Przepraszam szanownego kolegę Vovina za to opóźnienie w odpowiedzi, ale miałem zamiar przed jej udzieleniem obejrzeć kolejną powtórkę "Agresji" abym mógł wysunąć jakieś sensowne wnioski, wnoszące cokolwiek do tego co już napisałeś. Niestety zawiodła mnie przedwczoraj pamięć i nie ustawiłem nagrywania nocnej (2:00) powtórki. Wielka szkoda, bo w filmie pojawia się tyle psychologicznych niuansów, których obecność w bieżącej sytuacji mogę co najwyżej zasygnalizować. Ale postaram się zbudować w miarę sensowną wypowiedź bazując tylko na tym co pamiętam.
Na początku jednak muszę przyznać, że bardzo trafnie ująłeś to co się dzieje na ekranie. Zgadzam się absolutnie, że kwestią zasadniczą w tym filmie jest wpływ zła na każdego człowieka - zła, z którym się on styka w swoim otoczeniu oraz zła, które skrywa w sobie. Otoczenie jako źródło zła stosunkowo łatwo sobie wyobrazić. Zewsząd dobiegają do nas informacje o kolejnych przestępcach, którzy podważają istotę człowieczeństwa dokonując potwornych czynów. Także i w "Agresji" świat zbrodni, z którym obcuje policjant jest ohydny, odrażający, uwłaczający ludzkiej godności. Najgorszy jest jednak fakt, że świat ten jest również irracjonalny. Najczęściej bowiem nie sposób doszukać się jakichkolwiek powodów, motywacji w okrutnych zbrodniach. W związku z tym policjant skazany jest na zmaganie się nie tylko z przestępcami, ale także z dręczącymi go wątpliwościami. Ciężko jest mu bowiem jednoznacznie uchwycić istotę kontrastu pomiędzy sobą a zbrodniarzami, których ściga. A taki stan ciągłej, dręczącej nieokreśloności musi wpływać ujemnie na psychikę.
Ale jest jeszcze drugie źródło zła, a więc wnętrze każdego z nas. To w nas bowiem tkwią żądze tak silne, że dla ich zaspokojenia gotowi jesteśmy zapomnieć o kierujących nami zasadach. Od tych ukrytych głęboko w podświadomości po te całkowicie uświadomione - żądze to nic innego jak emanacje zła w nas samych. Oczywiście każdy na swój sposób trzyma je w ryzach, lecz tylko do czasu gdy pewne specyficzne sytuacje - niczym katalizatory - spowodują gwałtowne uwolnienie "demonów". Ukazuje to chociażby film "Eksperyment", bazujący poniekąd na autentycznym eksperymencie naukowym - symulacji więzienia. Zakładam, że film widziałeś, a przynajmniej wiesz czego dotyczy, nie będę się zatem rozpisywał na temat fabuły. Istotny fakt wynikający z seansu jest właśnie taki, że w każdym z nas tkwią pokłady zła i w każdym z nas się one stopniowo nawarstwiają. Niezaspokojone żądze - nawet jeśli nieuświadomione - przechodzą w frustracje, kumulują się i czekają na swój katalizator... Podobnie w "Agresji", Johnston nie potrafi ogarnąć mieszanki uczuć, które się w nim gromadzą. Z każdą kolejną zbrodnią odzywa się w nim bowiem coraz mocniej pragnienie odpłacenia sprawcom za zło wyrządzone ofiarom. Niezrealizowana chęć wymierzenia kary, która by zaspokoiła jego zwyczajne, ludzkie odczucie sprawiedliwości, prowadzi do kumulacji agresji. Nakładają się na to jeszcze nierozwiązane problemy w małżeństwie, a cała ta mieszanka negatywnych emocji musi znaleźć swoje ujście i znajduje. Stanowi je przesłuchanie niezwykle prowokującego Baxtera. Niestety nie jest to jedyny przejaw zła w sobie samym, z którym się zmaga się Johnson. Prześladują go bowiem myśli na temat prowadzonych spraw, obrazy zbrodni, z którymi się zetknął, a on nie potrafi - inaczej niż jego koledzy - znaleźć dla swego umysłu ucieczki od tych potwornych myśli. Rozsądnie zatem podejrzewa, że musi być w tej sferze nieuzasadnionego zła jakaś cząstka, która go przyciąga. Zastanawia się zatem czy przypadkiem nie może być tak, że podświadomie pożąda tego co świadomie tak mocno zwalcza...
Film jest jednak pełen innych smaczków i niuansów psychologicznych. Dla przykładu w trakcie kłótni z żoną, wychodzi na jaw, że wybór przez Johnsona "mniej atrakcyjnej" kobiety na partnerkę życiową miał swoje racjonalne uzasadnienie, nie był kwestią "ślepoty" miłości. Niestety powód ten umknął mi z pamięci i to jest właśnie przyczyna, dla której chciałem obejrzeć ponownie "Agresję". Niestety pozostaje mi tylko póki co zaznaczyć obecność tego szczegółu i liczyć na to, że sam go zapamiętałeś. Dla mnie szczegół ten wydał się ważny ze względu na Seana Connery'ego (Bonda w końcu ;) ) w roli męża. Zapamiętałem natomiast bardzo dobrze kwestię Baxtera, a jest ona naprawdę warta uwagi. Baxter odczuwa bowiem swoistą władzę nad tymi, którzy się nad nim fizycznie znęcają, dlatego też często prowokuje innych do takich zachowań. To jego dziwne przekonanie ma jednak dość interesujące uzasadnienie. W końcu bowiem gdy "znęcający się" nie potrafi zapanować nad własną agresją to "poszkodowany" może uzyskać nad nim swoistą kontrolę - wystarczy tylko umiejętna manipulacja. W trakcie konfrontacji z Johnstonem Baxter prowadzi zatem swoistą grę. Bo z jednej strony pragnie po raz kolejny poczuć tę wyższość, z drugiej strony jednak stara się uniknąć bólu. To naprawdę interesujący przypadek, nie jestem jednak psychologiem, więc niestety muszę ograniczyć się w tym momencie tylko do tych prostych spostrzeżeń.

Odnośnie poleconej przez Ciebie pozycji natomiast muszę przyznać, że sam juz wcześniej dojrzałem ją w Twoich ulubionych i miałem zamiar o nią zapytać. Głównie ze względu na obecność na plakacie Polańskiego i Depardieu. Spodziewałem się bowiem ciekawej konfrontacji dwóch silnych osobowości. Twój opis jednak rzuca inne światło na ten tytuł i muszę przyznać, że w tym świetle wzbudza on we mnie jeszcze większą ciekawość. Dzięki wielkie zatem.

Na rewanż tym razem wybrałem dwa polskie tytuły: "Czarne słońca" oraz "Żółty szalik". Pierwszy polecam wyłącznie pod warunkiem, że jesteś miłośnikiem twórczości Kultu i Kazika Staszewskiego. To bowiem wspaniała okazja do obejrzenia niezwykłych obrazów przyprawionych muzyką tych twórców. Sama historia jest trochę pokręcona i trudna w odbiorze, nigdzie indziej nie uświadczysz jednak takich obrazków jak choćby scenka striptizu przy "Celinie" ;) "Żółty szalik" natomiast to film telewizyjny o problemie alkoholizmu, ale i o nadziei. Co ciekawe alkoholizm dopada tutaj człowieka sytuowanego, zamożnego i burzy powoli, ale skutecznie wszystko co udało mu się wypracować w życiu. Już tylko jego matka nie traci wiary w to, że syn przezwycięży chorobę, a symbolem jej nadziei staje się podarowany mu po raz kolejny żółty szalik. I ogromne przekonanie, że tym razem syn go nie zgubi... Przepraszam za lakoniczność niniejszych opisów, ale czytając te wcześniejsze stwierdziłem, że "otarłem się" w kilku miejscach o spoilery. W końcu taki opis powinien być tylko zarysem fabularnym opowieści, który ma zainteresować i nie odbierać ani krzty przyjemności z seansu. Teraz polecając film zamierzam zatem prewencyjnie "ocierać się" o formę... aforyzmu ;););)

I na koniec jeszcze chciałem podziękować za chęć rozpisania się na moim skromnym blogu. Zapraszam do dalszych odwiedzin, polecania filmów lub też szerszych komentarzy na temat poszczególnych tytułów. Przypadek "Agresji" sugeruje, że najlepiej gdyby to były pozycje z najbliższego programu telewizyjnego. Jeśli masz chęć oczywiście. Pozdrawiam

Droga Kaleo, Elfko w szaliku Chelsea Londyn ;)

W ramach choć częściowego zaprzeczenia temu co napisałaś powinienem teraz odpowiedzieć: Owszem czasem mam. Owszem dużo. Nie zawsze. Nie ma za co. Ano nic ;););) Ale, że mam tę rzadką tendencję...
Dzięki wielkie zatem za kolejną wizytę na mym skromnym blogu. Faktycznie nie zmienił on się specjalnie od Twej poprzedniej wizyty, ale i nie takie były moje zamierzenia. Każdy w końcu wykorzystuje swoje miejsce na Filmwebie według własnego uznania. Dla mnie blog jest tylko miłym dodatkiem do tego co oferuje ten portal, a więc ogromnej bazy danych o tytułach wartych obejrzenia. Nie szukam przyjaciół, nie prowadzę pamiętnika, nie zamierzam również popisywać się znajomością kina, w końcu oglądam wyłącznie dla siebie. Lubię natomiast przeczytać cudze opinie na temat filmów, wnioski wyciągane z seansów. W końcu każdy obraz ożywa dopiero gdy jest odbierany, interpretowany przez widza - wcześniej to tylko zbitka kadrów. I właśnie to, jak bardzo potrafią się różnić owe interpretacje jest szczególnie intrygujące w konfrontacji z moimi własnymi rozważaniami. Ale interesujące są dla mnie także opinie na temat wszelkich innych istotnych tematów (np. kary śmierci), zwłaszcza gdy są one poruszane w kontekście jakiś filmów. Oczywiście gdy mnie zainteresuje jakaś kwestia to nie ograniczam się wyłącznie do czytania cudzych opinii, ale sam staram się przedstawić własną i wówczas z czystą przyjemnością potrafię się rozpisać. Wcześniej bywałem w tym celu na forum, ale obecnie raczej nie potrafią mnie zainteresować tamtejsze tematy. Pozostał zatem blog.
Żeby nie było jednak, że moja tendencja do rozpisywania się przybrała już formę nieuleczalnej choroby (która nie pozwalałaby mi zakończyć rozpoczętej wypowiedzi), w tym miejscu zakończę ten wywód ;) Dzięki zatem po raz wtóry i pozdrawiam.

Witaj, ncreep. Odnośnie "Agresji" jeszcze słów kilka. Obawiam się, że nie zdołałem "wyłapać" wspomnianej przez Ciebie kwestii, a mianowicie powodu wyboru przez Johnsona kobiety o takim, a nie innym typie urody. Mogę się tylko tego domyślać na podstawie słów, jakie sierżant kieruje do partnerki w trakcie kłótni, między innymi zdawkowego - "gdybyś chociaż była ładniejsza". Wydawało mi się, że bohater filmu nie potrafi już kochać (może nigdy nie kochał?) swojej żony. Być może wcześniej ich związek miał charakter typowo partnerski. Ona potrafiła go zrozumieć, pełniła formę "wentyla bezpieczeństwa" dla jego emocji, była osobą, której mógł się zwierzyć z tego, co go dręczyło. Teraz już tego nie odczuwa, dlatego taki właśnie wyrzut ze strony Johnsona.
Ale może coś mi umknęło, więc i ta interpretacja może być niedokładna, więc na tym poprzestanę. Zresztą, chciałem napisać o czym innym. :-)

Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że Twój blog od początku swego istnienia się nie zmienił, ponieważ pojawiło się tu kilka tytułów interesujących filmów. Liczę na to, że dalej będzie się zmieniał i tych tytułów pojawi się jeszcze więcej. Zaskakującym jest fakt, iż na internetowym wortalu filmowym, tak prosty i oczywisty – wydawałoby się - pomysł jakim jest zarekomendowanie filmu, jest tak rzadko wykorzystywany. Cieszę się tym bardziej, że powstał tutaj, ponieważ po przejrzeniu listy Twoich ulubionych filmów i po porównaniu jej z listą moich ulubionych, wydaje mi się, że mamy podobny gust. Co prawda, wielu filmów z Twojej listy nie widziałem, ale te, które miałem okazję obejrzeć, są albo wśród moich faworytów, albo jeśli nawet do tej grupy nie należą, to znakomitą większość z nich lubię.

"Czarne słońca" chciałem obejrzeć ze względu na Kult właśnie, a po przeczytaniu Twojej wypowiedzi i opisu filmu, moja ciekawość jeszcze wzrosła. Opis drugiego z „kolorowych” filmów brzmi równie ciekawie, więc tytuł sobie zapamiętałem. :-)

Aby tradycji stało się zadość, polecę „Szaradę” („Charade”). Film ten można obejrzeć w najbliższym czasie (ciekawe, kiedy będzie mi dane obejrzeć ”Czarne słońca”? :-)) w telewizji. Młoda kobieta spędza wakacje wraz ze swoją znajomą, której zwierza się, że ma zamiar się rozwieść. Po powrocie do domu zostaje poinformowana o tym, że jej mąż został zabity, a powodem morderstwa było najprawdopodobniej złoto, które ofiara kiedyś ukradła. Podczas pogrzebu spotyka ona trzech podejrzanie wyglądających mężczyzn, o których sądzi, że mogą być sprawcami przestępstwa. Pojawia się też jeszcze jeden tajemniczy mężczyzna, co do którego motywów bohaterka nie jest przekonana, lecz wyraźnie jest nim zauroczona. Jak przystało na film z kryminalnym zacięciem, mamy tu zwroty akcji i ciekawe zakończenie, ale warto go obejrzeć głównie ze względu na błyskotliwe dialogi oraz dla przeuroczej Audrey Hepburn.

Pozdrawiam wiosenno-świątecznie.

Witam serdecznie.

To i ja dodam coś jeszcze od siebie w kwestii "Agresji". Otóż ów motyw z "mniej atrakcyjną żoną" nie jest owocem moich nasilonych rozważań, lecz sama bohaterka artykułuje go jako oskarżenie w kierunku męża. Niestety nie zapamiętałem jej argumentacji, ale przy kolejnym seansie wystarczy tylko zwrócić większą uwagę na scenę małżeńskiej kłótni. Niezależnie jednak jaka by była prawda absolutna w tej kwestii, Twoje przypuszczenia uważam za jak najbardziej słuszne. W końcu bowiem każdy pracujący w stresujących warunkach potrzebuje wspomnianego przez Ciebie "wentylu bezpieczeństwa". Oczywiście każdy w innym zakresie i w innej formie. Dla jednego będzie to zatem świat używek, dla drugiego jakaś pasja, innym z kolei potrzebny jest ktoś bliski, z kim można podzielić się swoimi rozterkami. Johnson wydaje się być spragniony właśnie tego ostatniego, co by mogło potwierdzać tezę o celowym wyborze przez niego związku partnerskiego. Czyli takiego układu, w którym nie trzeba rozgrywać tych wszystkich "miłosnych gierek", tak niewygodnych, gdy wraca się akurat z miejsca zbrodni kilkuletniej dziewczynki. Mnie osobiście do głowy przyszła wcześniej zupełnie inna możliwość. Pomyślałem bowiem, że wybór "mniej atrakcyjnej" kobiety mógł być alibi, formą zabezpieczenia i usprawiedliwienia przed samym sobą na wypadek, gdyby po kilku latach tych wszystkich "okropności" w pracy nie potrafił on już okazywać uczuć swojej małżonce. Ale przypisywanie tak okrutnej i samolubnej motywacji Johnsonowi byłoby chyba jednak w stosunku do niego niesprawiedliwe. Dlatego też to Twoją interpretację uważam za jak najbardziej sensowną, a własną za zwykły domysł. Na tym jednak zakończę moje rozważania odnośnie kwestii motywacji Johnsona w jego miłosnych wyborach. Być może w ogóle zastanawiające jest dla Ciebie moje żywe zainteresowanie takim szczegółem, wynika ono jednak z prostego przekonania, że podobne niuanse ludzkiej psychiki (ujawniające się poprzez zachowanie) są często kluczem do zrozumienia analizowanej postaci. Posługując się analogią do układanki można powiedzieć, że niektóre fragmenty są po prostu niezbędne, aby móc odgadnąć jaki obrazek przedstawia całość. Przed ułożeniem jednak ciężko jest określić, które z nich są istotne, a bez których można się obejść. Oczywiście nie zawsze warto poszukiwać wszystkich fragmentów, ale akurat postać Johnsona według mnie na to zasługuje. To bowiem policjant "z krwi i kości", pełen zwyczajnych ludzkich wątpliwości, a nie czarno-biały Cordell Walker, ze swoją niezachwianą wiarą w sprawiedliwość i... własne kopniaki z półobrotu ;)

Z kolei kwestia zmian na moim blogu (czy też ich braku) to faktycznie sprawa dyskusyjna. Na pewno układ tematów nie uległ zmianom, za to temat będący pierwotnie księgą gości, znacząco ewoluował w kierunku bardzo interesującej wymiany poglądów. I chyba właśnie rzecz w tym aby stworzyć miejsce, gdzie ktoś będzie miał chęć się rozpisać, a nie by niepotrzebnie mnożyć tematy. Oczywiście myślałem wielokrotnie o napisaniu kilku szerszych tekstów i umieszczeniu ich na blogu, ale jakoś dotychczas brakowało mi w tym zakresie motywacji. Może nadrobię to w najbliższym czasie...
Nie zgodzę się natomiast, że polecanie sobie filmów jest rzadką praktyką na Filmwebie. Może i jest tak w sensie bezpośredniego zachwalania konkretnego tytułu przez jednego użytkownika drugiemu użytkownikowi na blogu. Ale przecież na forum non stop są obecne tematy, w których ktoś pyta o ciekawe filmy w określonym gatunku, temacie, ktoś inny z kolei robi przeróżne zestawienia. Można w nich odnaleźć naprawdę interesujące tytuły. Nie znaczy to jednak, że nie doceniam wartości pomysłu z polecaniem filmów na mym blogu. Wręcz przeciwnie, patrząc na tytuły, które się dotychczas pojawiły odczuwam ogromną satysfakcję oraz jeszcze większą wdzięczność. Co ważne są to filmy w większości mniej znane, pominięte w szumnych kampaniach, dla nich zatem indywidualna rekomendacja wydaje się być jedyną formą reklamy. Dobrze zatem, że dane mi było stać się odbiorcą tej reklamy. Tym bardziej, że rekomendacja ze strony zwykłego (czyli takiego jak ja) widza - ze względu na swoją absolutną bezinteresowność - ma w moich oczach o wiele większą wartość niż setki pochwalnych recenzji w mediach.

Odnośnie poleconych przeze mnie filmów z kolorem w tytule jest mi potwornie głupio. Sam bowiem zasugerowałem, żeby polecać filmy dostępne w najbliższym czasie w telewizji, podczas gdy podałem dwa tytuły, którym bardzo daleko do tego miana. Największy problem będziesz miał na pewno z "Czarnymi słońcami". Film jest bowiem niezwykle specyficzny i wątpię aby którykolwiek z nie-filmowych kanałów pokusił się w najbliższym czasie o jego przypomnienie. A i z tych filmowych to najprędzej Kino Polska. Z "Żółtym szalikiem" będzie chyba znacznie łatwiej. Oglądałem go bowiem w telewizji publicznej, możliwe zatem, że pokuszą się w najbliższym czasie o powtórkę, np. na TVP Polonia.

Ogromne dzięki i tym razem za polecony przez Ciebie tytuł. W piątek na pewno nie odmówię sobie przyjemności obejrzenia go na Ale kino. Sam natomiast rewanżuję się także filmem z Ale kino, a mianowicie "Okiem obserwatora" (Eye of the beholder). Jest to historia agenta śledzącego piękną, ale groźną morderczynię, kobietę-modliszkę, która wykorzystuje finansowo mężczyzn, a następnie ich zabija. Nieustanna obserwacja wyzwala jednak w bohaterze ogromne uczucie do obserwowanej, co skutkuje poważnym dylematem. Z jednej strony bowiem przerażają go zbrodnicze skłonności kobiety i chciałby przeszkodzić w jej zamiarach, z drugiej zaś nie chce aby została ujęta. Oczywiście to tylko "rdzeń" historii, bo rozgrywa się ona również na paru innych płaszczyznach. Tak naprawdę to dwójka bohaterów jest tutaj ważna, ich motywacje, ich przeszłość, specyficzna więź między nimi... Będzie to już kolejna powtórka tego tytułu, możliwe więc, że nie jest on Ci obcy. Gdyby jednak było inaczej, wówczas gorąco polecam.

Na koniec dziękuję za pozdrowienia wiosenno-świąteczne i ze swej strony również takowe przesyłam. Życzę też kilku drogocennych pereł na dnie morza świątecznych hitów...

Witaj.
O tradycji oczywiście pamiętam i wkrótce postaram się coś polecić. Widzę, że zmieniłeś zdjęcie. Czyżby miało to coś wspólnego z przeglądem kina Kurosawy na Ale Kino? :-) Wczoraj miałem zamiar obejrzeć "Ukrytą fortecę", ale zdecydowałem się na "Za kilka dolarów więcej" licząc na to, że na ten pierwszy film zdołam natknąć się przy okazji powtórki. Film Leone zresztą mógłbym Ci polecić, ale zapewne już go oglądałeś. :-)
Pozdrawiam.

Owszem, zmiana zdjęcia została w 100 procentach zainspirowana majem z Kurosawą na Ale kino. Uwielbiam twórczość tego reżysera - przejmujące dramaty z samurajami w głównych rolach, postanowiłem zatem tym drobnym gestem dać temu wyraz. Obecna fotka pochodzi konkretnie ze "Straży przybocznej", choć jej wybór był absolutnie przypadkowy. Nie jest to wcale mój ulubieniec pośród filmów Kurosawy, bo takiego zwyczajnie nie posiadam ;) Po prostu podobnie jak w przypadku poprzedniego zdjęcia mój zmysł estetyczny zdecydował, że to najlepsza propozycja z wyświetlonych na Google Grafika ;) I pewnie podobnie jak poprzednia fotka, także obecna sporo czasu pobędzie na swym miejscu. Chyba, że przekonam się do pomysłu z ciągłymi rotacjami w zależności od okazji...
Ale nie o fotkach chciałem. Otóż ja sam w poniedziałek miałem jeszcze większy dylemat, bo z jednej strony Kurosawa na Ale kino, z drugiej Leone na TVP1, na dokładkę zaś Lech Majewski na Europa, europa (który przy okazji ma obecnie własny tydzień na tym kanale). Niestety nie posiadam dwóch urządzeń nagrywających, więc było oczywiste, że ktoś będzie musiał przegrać. Tę patową sytuację rozwiązała jednak niespodziewana wizyta rodzinna i po prostu sprawiedliwie przegrali wszyscy ;) Na szczęście filmy Kurosawy i Leone miałem już okazję obejrzeć, a "Lot świerkowej gęsi" Majewskiego ma być wkrótce powtórzony ;)

Na koniec zaś - w zastępstwie rekomendacji - postanowiłem zwrócić tylko uwagę na tytuły, które sam zamierzam do piątku obejrzeć (lub też nagrać). Po pierwsze zatem będą to seanse filmów Majewskiego o 20:00 na Europa, europa. Co prawda jego twórczość jest trochę enigmatyczna, niemniej choćby z czystej ciekawości zamierzam się z nią lepiej zapoznać. Nie miałbym jednak nic przeciwko, gdyby jego pozostałe filmy oczarowały mnie podobnie jak "Angelus" ;) Po drugie, w czwartek na Europa, europa z pewnością obejrzę "Koniec długiego dnia" - filmik o wyobraźni i o fascynacji kinem (ciekawe co mnie zainspirowało? ;) ). Tego samego dnia na Ale kino będzie "20 palców", czyli zbiór nowel o problemach w relacjach damsko-męskich. Na koniec w piątek na Ale kino nie opuszczę "Dreszczy" Marczewskiego (szkoda, że to nie te Cronenberga ;) ). Może potem przebrnę jeszcze przez "Samego przeciw wszystkim" Gaspara 'Nieodwracalnego' Noe ;) na Europa, Europa , choć nie wiem czy w piątkowy wieczór będę miał ochotę na takie męczarnie. Oczywiście jeśli mowa tylko o filmach mniej znanych, bo i "Chinatown" się w tym tygodniu pojawi i Kocham Kino będzie...

Pozdrawiam serdecznie i do następnego postu.

Witam,
Ostatnio mało mam czasu na filmwebowe życie (na oglądanie filmów niestety też), obiecałem jednak poprzednio, że coś polecę. W najbliższym czasie (w sobotę, jeśli dobrze pamiętam) nadarza się okazja, aby obejrzeć "Zaklęte rewiry" Janusza Majewskiego.
O treści słów kilka: bohaterem filmu jest młody Romek Boryczko, który dostaje posadę pomywacza w wielkim hotelu. W krótkim czasie szybko awansuje w hotelowej hierarchii i - wzbudzając przy tym zazdrość wielu innych chłopców - zostaje młodszym kelnerem. Tutaj jego szczęście się jednak kończy, gdyż zostaje pomocnikiem "Fornala" (brawa dla Wilhelmiego) - kelnera, który lubuje się w prześladowaniu swoich młodszych pomocników. Roman staje przed dylematem - przystosować się do tego zepsutego środowiska i w nim pozostać, czy też spróbować swoich sił gdzie indziej?

Całkiem możliwe, że film już widziałeś, gdyż jest to kolejna powtórka w ostatnim czasie. Jeśli natomiast nie miałeś okazji się z nim zapoznać lub oglądałeś go dawniej, to zachęcam do seansu.

Do następnego spotkania.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię