Raczej słaby film, nie da się ukryć, ale w sumie znacznie lepszy, niż się spodziewałem. Film oparty na motywach nowelki Johna Russo (tak, tego od 'Nocy zywych trupów'). Jak wiadomo (albo i nie wiadomo, zależy kto czyta :) pan John nie jest wybitnym pisarzem, ani też reżyserem (Midnight (1982)), ale tutaj na stołku reżysera usiadł niezły zdjęciowiec - Steven Fierberg ("Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów", "Hell High") przekazując kamerę Jamesowi McCalmontowi.
Sama historia pana Russo jest nawet ciekawa, bo nawiązuje do najstarszych legend o zombie, o których niestety ostatnio twórcy jakby zapomnieli, przypisując z reguły przyczynę powstania zombie jakimś chemikaliom i innym syfom. A przecież za wszystko odpowiedzialne jest stare dobre voodoo.
rzecz dzieje się gdzieś na południu USA, gdzie imigranci z Haiti pracują przy jakichś roślinach. terror sieje tam szaman voodoo (Tony Todd, jeszcze zanim został Candymanem). pojawia się też dwóch turystów z Nowego Jorku i zaczyna się nudnawa przygoda.
Tak, to nuda jest największą wadą tej produkcji, bowiem praca kamery, jakość obrazu, montaż i aktorstwo, są na zaskakująco znośnym poziomie. jednak po za paroma scenami w końcówce film nie ma wiele do zaoferowania. Nadal jednak uważam, iż w porównaniu z ostami produkcjami Brain demage i Fullmoon, jest całkiem niezły, więc średnia na imdb niższa od np "Tower of Blood", czy "Hell Asylum" jest myląca i krzywdząca.