Przerost formy nad treścią: 5/10

Film dziwny - to na pewno. Czy wybitny? Gdyby mierzyć geniusz filmu tym, jak bardzo usiłuje być ambitny na pewno byłby to film genialny. Jednak chyba nie o to chodzi w kinie, by film był ambitny, lecz by był dobry - a to nie zawsze idzie w parze.

Film opowiada ( chyba ? ) o umieraniu i jego przeżywaniu, ale tak naprawdę trzeba by sporego wysiłku i dużej dozy nadinterpretacji by dojrzeć w nim coś odkrywczego, głębokiego czy naprawdę poruszającego.

Rozumiem Aronofoskiego - na pewno nakładanie kolejnych metafor i symboli na te już istniejące, zabawy w odniesienia do nurtów religijnych, roztaczanie mniej lub bardziej wysublimowanych wizji artystycznych musi być ciekawym zajęciem, jednak dla mnie, jako widza staje się to męczące.

Można przeplatać chronologię, można używać symboliki, można nie dopowiadać wszystkiego, ale czy to ma jeszcze sens, gdy zatraca się przy tym wszystkim przesłanie, treść czy myśl, którą chce się przekazać? Po jakimś czasie ta kaskada pseudointelektualnych fajerwerków już nie fascynuje, tylko nudzi a oglądając ją człowiek zastanawia się tylko, jaki to banał zapakowany w wielkie błyszczące pudełko ze złota kokardą sprezentuje nam Aronofski w kolejnej scenie.

Szkoda, bo truizm w ładnym opakowaniu nadal pozostaje truizmem, a o naprawdę ważnych rzeczach można opowiedzieć prostymi słowami bez potrzeby wędrówki przez stulecia i lewitacji wśród wielkich błyszczących gwiazd.

Przekorne 5/10 dla wszystkich, którzy uważają, że ten któremu film się nie spodobał, na pewno go nie zrozumiał.

  • Nic dodać - nic ująć. Właśnie obejrzałem i czuję dokładnie to samo.
    Pozdrowionka.

  • Cóż, mógłbym po prostu przemilczeć kolejny komentarz tego typu, ale wydaje mi się, że tym razem dyskusja może być bardziej na miejscu. No więc drogi autorze postu, twierdzisz, że film jest dziwny i "próbuje" być ambitny na siłę. Stwierdzenie, że coś jest dziwne to dość mocny i niezwykle szeroki zarzut, dlatego wypadałoby jakoś uzasadnić swoje aforyzmy, albo przynajmniej przytoczyć jakiś przykład, który potwierdzałby tezę. Tymczasem konkretnych przykładów brak a w wypowiedzi wyraźnie da się odczuć dozę zawiści i niczym nieuzasadnionej arogancji. Nie wiem także jak odnieść się do stwierdzenia: "Jednak chyba nie o to chodzi w kinie, by film był ambitny, lecz by był dobry - a to nie zawsze idzie w parze." Co rozumiesz pod pojęciem "dobry film"?? Jedność czasu, miejsca i akcji? Wnioski i przemyślenia pod nos widzowi serwowane przez twórców filmu? Chyba muszę być do tyłu z obecnymi trendami w tematyce filmowej skoro, filmy nasuwające pewne przemyślenia nad sprawami towarzyszącymi człowiekowi od zarania dziejów (mowa tu o śmierci) traktowane są teraz jako pseudo ambitne i absolutnie nie w cenie. Cała Twoja wypowiedź to typowa, "osobista ocena filmu"(!) a przy tym jeszcze bardzo nieporadnie ubrana w krytykę i zarzuty. Miejsce na tego typu oceny zamieszczaj na swoim blogu, bo w końcu od tego go masz, by ostentacyjnie ogłaszać całemu portalowi co myślisz o... Jeśli jednak pokusiłeś się o zamieszczenie swojej krytyki na publicznym forum filmu "Źródło" licz się z tym, że bez konkretnego uzasadnienia Twoje wypowiedzi nie mają absolutnie żadnego pokrycia. Dlatego mam nadzieję, że dowiem się teraz, dlaczego film "Źródło" jest taki zły, nieprzejrzysty i (o zgrozo!) banalny.

    • Witam,

      Stwierdzenie, że film jest dziwny nie jest akurat zarzutem. Requiem dla Snu też w pewnym sensie jest filmem dziwnym, niestandardowo nakręconym, ale również ciekawym.

      Mówisz, że powinienem pisać o konkretach:

      Gra aktorska:

      Może być, choć bez rewelacji. Jackman gra swoje, ale nie sprawia że czujesz jakąś więź z postacią, którą przedstawia. Ot, widzisz jak rozpacza, ale nie czujesz jego rozpaczy. Weisz mogłoby w tym filmie nie być, i tak jest tylko migającym przed widzem obrazkiem, więc równie dobrze Jackman mógłby wzdychać do zdjęcia ukochanej.

      Zdjęcia:

      Miejscami interesujące - choćby sceny zimowe, miejscami irytujące - wszystkie dziejące się w "kosmosie" : jaskrawe, przesycone światłem a co najbardziej kłujące w oczy - sztuczne.

      Scenariusz:

      Mimo szeregu niedopowiedzeń jednak dość banalny (!) - kobieta umiera, on szuka lekarstwa, przyspieszone studium nad umieraniem, końcem i początkiem. Nie jest to oczywiście zarzut sam w sobie, zarzutem staje się w zestawieniu z ogromnym narzutem "symbolicznych fajerwerków" którymi raczy nas przy okazji Aronofski.

      Muzyka:

      Tajemnicza, nurtująca, piękna.

      ...

      Można by tak punkt po punkcie, w każdym z elementów znajdować fragmenty które nie podobają mi się lub irytują mnie. Jednak nawet nie te elementy rzemiosła decydują o niskiej ocenie.

      Pytanie, jakie nasunęło mi się od razu po obejrzeniu filmu było dość proste: po co? Widzę, że masz "Źródło" wśród ulubionych filmów, więc może będziesz mi w stanie wyjaśnić, do czego służyła Aronofskiego sztuczka z równoległością narracji? Co tak naprawdę osiągnął wprowadzając historię poszukiwania Drzewa Życia, co dało temu filmowi wplecenie kadrów z "kosmicznej" wędrówki głównego bohatera?

      Dla mnie były to fajerwerki tylko dla fajerwerków, symbolizm dla symbolizmu i to sprawia, że uważam, że film próbuje być ambitny na siłę, bo symbole są ważne i potrzebne, ale nie wtedy gdy serwuje się jej nam garściami a wręcz wymachuje się nimi przed oczami.

      Buddyjska pozycja Creo, wielkie drzewo życia, kosmiczna wędrówka - to wszystko jest dla mnie budowaniem obrazu "Źródła" jako dzieła wybitnego, z tym że geniusz tego filmu nie objawia się sam, lecz Arofonoski cepem próbuje wbić nam w głowy tezę, iż nakręcił coś wyjątkowego.

      Pomieszajmy trochę w fabule, dodajmy dużo symboli, zmiksujmy ze soba kultury, poprzelatajmy chronologię, napiszmy część scenariusza w języku Majów, użyjmy kilku trudnych wyrazów. Nałóżmy to wszystko na dość prostą historię, na kilka truizmów, o których wie każdy i dostaniemy złudzenie filmów nad wyraz ambitnego. Filmu, który na dodatek nie może być skrytykowany, bo każda jego krytyka wynika z niezrozumienia przesłania. Plan genialny, ale już wielokrotnie używany, więc powoli nieskuteczny.

      Dlatego "Źródło" jest psuedo-ambitne. Jest jak artykuł w gazecie, w którym banalne stwierdzenia opakowują naukowo-estetyczne fajerwerki, jest jak człowiek, który mówi łacina, gdy kupuje bułki w sklepie. Może mówić, nikt mu tego nie zabroni, tylko : po co?

      Zarzutów o zawiść nawet nie skomentuje, bo właśnie - po co?

      I tak: jest to moja osobista ocena filmu, taka sama jak każda chyba recenzja. Chyba, że znasz obiektywne recenzje, bo ja nie.

      Pozdro

      • Czepiam się bo według mnie obecnie nie przywiązuje się wagi do używanych słów. "Dziwny" w moim mniemaniu nie oznacza "ciekawy", poza tym z Twojego objaśnienia wynika, że mimo iż "Źródło" jest dziwne, czyt. ciekawe to innym razem pada stwierdzenie, że jest banalne, przejaskrawione, nieskładne.
        Gra aktorska to sprawa bardzo sporna. Zdecydowanie Jackaman sprawdza się w roli załamanego człowieka, syzyfowo pragnącego oszukać krąg życia. Nie ukrywam również, że fanem jestem Pani Weisz, dlatego jej gra w pełni mnie zachwyciła. Nie wydaje mi się, że rola Izzi nic nie znaczy w filmie, tak jak to "zgrabnie" oznajmiłeś. Przeciwnie, według mnie jest kluczowa. Ale do tego jeszcze wrócę.
        Zdjęcia... na pewno nie przypadają do gustu realistom. Dziwne, że użyłeś zwrotu "sztuczne" dotyczącego ujęć w filmie. Nie wiem jak Ty, ale ja na przykład nie wiem jak wygląda od środka gromadzący się pył kosmiczny. Słyszałem także, że twórcy filmu celowo, nie przerabiali komputerowo ujęć spod mikroskopu, aby zdjęcia w kosmosie były bardziej realistyczne.
        Stawiasz pytanie: "po co?". Widzisz to według mnie niczego nie usprawiedliwia. Niczego nie tłumaczy. Źródło to jeden z tych filmów, który w nietypowy sposób obrazuje próby walki człowieka z nie ubłagalnie biegnącym czasem, bezgraniczną miłość. Ukazuje niemoc, z którą człowiek próbuje sobie dać radę, jednak oczywiste jest, że wszystkie te próby idą na marne, bowiem nie do końca jesteśmy kowalami swojego losu. Istotą tego filmu jest jednak uświadomienie sobie, że czasu nie można zatrzymać a można jedynie go dobrze wykorzystać. Z całej Twojej wypowiedzi najbardziej koli mnie w oczy stwierdzenie, że Źródło to film banalny. Staruszka rozmyślająca na swoim życiem podczas picia porannej herbaty to mogłaby być fabuła banalna, jednak nie oznacza to, że zła. Czasem w prosty sposób można osiągnąć oczekiwany efekt. Jednak moim zdaniem intensywniej zmusza do myślenia obraz, którego oprócz obejrzenia trzeba jeszcze przeżyć. Obraz, który sam musisz sobie ułożyć w głowie, aby nabrał znaczenia. Czytałem wiele wypowiedzi ludzi po obejrzeniu "Źródła". Większość zarzuca filmowi zbyt bogatą symbolikę i niespójność fabuły. Jest to dla mnie trochę dziwne, bowiem ja już na pierwszym seansie w kinie odkryłem co Aronofsky chce mi powiedzieć przez swój film. Być może dlatego, że zawsze przywiązuję największą wagę do szczegółów, do pojedynczych słów i do gestów.
        No i kilka słów już tylko do Ciebie. Fajnie, że umiesz mówić o tym co Ci się podoba a co nie, to powoli zanikająca umiejętność. Tylko ja doradziłbym Ci przy tym wszystkim trochę subtelności i lekkości, nawet w krytyce, ot tak po prostu. Dla mnie Źródło to film niesamowity, piękny i poniekąd ambitny (mimo, że nie lubię stosować tego ostatniego określenia w stosunku do filmów)ukazujący w niecodzienny sposób codzienne problemy. To chyba właśnie jego fenomen.
        Pozdrawiam
        PS: jeśli intryguje Cię moje odczytanie Źródła i moja jego interpretacja to mogę Ci ją wyłożyć w prywatnej wiadomości. Oczywiście, jeśli chcesz ( ;

        • witam,
          na początek chciałbym pogratulować i podziękować wam za rzeczową dyskusję, co ostatnio jest dość rzadkim zdarzeniem na filmwebie...

          a teraz odnośnie filmu, moim zdaniem jest bardzo ciekawy.
          Mnie akurat poza samymi zdjęciami ujęło prowadzenie fabuły. Bardzo lubię filmy w których dopiero w pewnym momencie dochodzi się do tego co właściwie dzieje się w "realnym świecie" a co nie.

          @Aquilin: myślę, że chętnie inne osoby też przeczytały by Twoją interpretację filmu zamieszczoną tutaj :)

          G.


  • wszystkie wydarzenia w tym filmie dzieją się w realnym świecie

    I hiszpania i ameryka środkowa XVIw
    II koniec XXw
    III czas w przyszłości , po tym jak bohater odkrył lek na nieśmiertelnośc wyrusza jako astronauta do Xibalby aby zjednoczyc się
    ze swoja ukochaną

    wszystko to ma byc w śwecie realnym , ale niezauważyłeś ponieważ ten
    świat jest z punktu widzenia mieszkańca europy mocno odrealniony

    hinduista od razu zrozumiałby że te postaci podlegaja reinakrnacji
    a takze spotykają sie na różnych płaszczyznach czasu jedocześnie
    np kiedy bohater odkrywa drzewo w dzungli doznaje oświecenia jednocześnie ze swoim następnym wcieleniem osiągający w iluminacje w kosmosie

    • Kiedyś Krzysztof Kieślowski zauważył bardzo istotny problem, który dotyka większości filmów. Powiedział: "..bo ja wiem czy jest znowu taka głęboka zawartość intelektualna? Ja myślę, że ja opowiadam historyjki, a państwo czasem w nich znajdujecie więcej, nawet często więcej niż ja chcę." Myślę, że każdy sam sobie rozważy te słowa w nawiązaniu do "Źródła".. i nie tylko..

      • „Źródło to jeden z tych filmów, który w nietypowy sposób obrazuje próby walki człowieka z nie ubłagalnie biegnącym czasem, bezgraniczną miłość„
        (Aquilin)

        Nie zgadzam się: jakikolwiek portret psychologiczny postaci nie istnieje, więc jak mogę uwierzyć w wielką miłość, skoro Aronofsky wcale o niej nie opowiada? Jedyne czego dotyczy narracja to walka o pewien lek, mityczny czy też nie, zawsze chodzi tylko o „odkrycie” czegoś co ocali życie. Żadna to dla mnie miłość zresztą – raczej egoizm – bo Tommy gdzieś ma to co mówi Izzy o pięknie śmierci, dokładnie cytując jej słowa „death as an act of creation” i jedyne po czym myśli to głupie przedłużanie życia ziemskiego. Bardzo pasują mi tu mądre słowa Cardana: „Gdyby jednak życie ludzkie trwało pięćset lub sześćset lat, wszyscy zakończylibyśmy życie w rozpaczy”.

        Nie rozumiem także w ogóle zarzutów AQUILINA co do krytyki – dlaczegóżby ktokolwiek nie miał prawa napisać o filmie „dziwny” albo nawet „fatalny”...? To od czego są te fora, żeby tu głaskać twórców po pupkach? Jak ktoś chce – to proszę bardzo – niech krytykuje, ale niech wyjaśni dlaczego. Zrobił to MELWAS w swojej pierwszej wypowiedzi, pobieżnie, ale dość trafnie.

        Moim zdaniem film ten jest po prostu p u s t y. Jedyne co się w nim znajduje to jakaś przegadana i przede wszystkim przeestetyzowana odyseja trwająca o 1000 lat za długo. Weźcie takie filmy jak „Olej Lorenca” albo „7 pieczęć”. To są arcydzieła. Ale „Źródło”? Przepraszam, jak dla mnie to przeprawa dla miłośników tajemniczego uroku ezoterycznych sklepów. A już nic mnie bardziej nie drażni jak epatowanie symboliką i historią i tworzenie takich obrazków jak ten o konkwistadorach, że nie wspomnę już łączenia takich odrębności jak Drzewo życia, naukowa droga Tommy'ego plus reinkarnacja w której odnajdują się pod wpływem iluminacji bohaterowie... To jest dopiero ignorancja - uwierzyć w tak sztucznie i bezzasadnie, na najbardziej płytkiej płaszczyźnie połączone światy różnych kultur...
        Taki film mógł powstać tylko w Ameryce...

        • śpieszę by dodać: jednak Aronofsky co nie co podkreślił związek Tommy'ego i Izzy i ten portret ich miłości pojawia się w cudownej scenie, gdy Rachel Weisz biega w cudnej, czerwonej kiecce (ze skądinąd ładnym dekoltem) po domu - chyba ich własnym. Tak, takie to wspomnienie ładne.

        • Franco.. wyobraź sobie, że masz kobietę, którą kochasz nad życie, ponad wszystko. Wyobraź sobie, że całe to szczęście ma być Ci zabrane, gdyż ta kobieta jest nieuleczalnie chora i wkrótce odejdzie. Co wtedy robisz? To oczywiste, że rozpaczliwie poszukujesz wyjścia z sytuacji, bo przecież nie chcesz stracić największej wartości, sensu swojego życia. Chorobę można pokonać tylko w jeden znany człowiekowi sposób - należy odnaleźć na nią lek. I robisz to wszystko właśnie z miłości do tej kobiety, której stracić nie chcesz. Bo nie wiem jakie inne pobudki mogą kierować człowiekiem w takiej sytuacji. I właśnie widzisz, Izzy stara się uzmysłowić ukochanemu, że nie warto tracić czasu na próby oszukania kręgu życia, na próby ominięcia praw jakimi ono się rządzi. Chciała jedynie by przy niej był w ostatnich chwilach, wtedy kiedy najbardziej go potrzebowała. Nie chciała przechodzić przez to wszystko sama.. nikt nie chce.
          A jeśli już chcesz być obrońcą poszkodowanych i uciśnionych to proponuję Ci przy tym, czytać uważnie i ze zrozumieniem. Nie mam zarzutów co do krytyki. Mam zarzuty do krytyki nie wspartej żadnym konkretnym komentarzem. Bo oczywiście wszystko można wymieszać z błotem, tylko ja chcę przeczytać, co konkretnie skłoniło Cię do tego. Poza tym świadomie lub nie, sam przyznałeś mi rację. "..niech krytykuje, ale niech wyjaśni dlaczego. Zrobił to MELWAS w swojej pierwszej wypowiedzi, pobieżnie, ale dość trafnie." przy czym wyraźnie, chciałbym podkreślić słowo "pobieżnie".
          Ostatni akapit Twojej wypowiedzi już w ogóle rozłożył mnie na łopatki. Dość wyraźnie da się odczuć, że Twoja wypowiedź jest tendencyjna.. bo przecież co amerykańskie to złe, kluczowa zasada nonkonformistów. I nagle wszyscy fani "Źródła" stali się łatwowiernymi ignorantami...

          • Tendencyjna? Więcej tam wkładasz tendencyjności niż jest. To Ty piszesz "co amerykańskie to złe" nie wiedzie czemu wyciągając to z krótkiego zdania... Ja po prostu nie lubię w Amerykanach ich podejścia do kręcenia filmów historycznych i parcia na efekt, luz, rozmijania się z prawdą historyczną. Poczytaj sobie choćby artykuł Alicji Helman z ostatniego "Kina" o Mohikanach. Tam jest wypisz, wymaluj, to o co mi chodzi, wsparte ładnym i pouczającym przykładem.

            • I znowu przyznajesz mi rację..ale to nieistotne w tym momencie. Czytałem artykuł Pani Helman, jednak w żaden sposób nie wpłynęło to na mój filmopogląd. Dziwne też, jest według mnie zakładanie, że wszystko co Amerykanie tworzą w filmach jest schematyczne. Oczywiście, mnóstwo jest brudu, który chcą nam sprzedać, ale zdecydowanie nie wszystko zasługuje na łatkę "kicz".

  • Ale po co od razu wszystko podawac na tacy, skoro własnie te wszystkie gwiazdy i inne piękne sceny wzbudzają w nas emocje, stwarzają niepowtarzalny klimat, wzruszają? A poza tym, to wszystko komponuje ze sobą, nic nie zostaje wplecione w film przypadkowo. Moim zdaniem historia jest swietna, tutaj nie chodzi tylko o umieranie, ale o idee z nim związane. Mogłabym jeszcze wymieniac co waznego dla mnie wychwyciłam w tym filmie, jednak zbyt wiele mysli kłebi mi sie w głowie i nie wiem czy potrafie ubrac to wszystko w logiczne zdania ;) Dodam jeszcze, że muzyka w filmie jest po prostu cudowna i świetnie komponuje sie z obrazami.
    Po "requiem for a dream", który moim zdaniem jest średniakiem zostałam mile zaskoczona; Długo ociągałam sie z obejrzeniem tego filmu, poniewaz byłam pewna, ze jest on dokładnie tak jak okresliles/as - przerostem formy nad trescią. Jednakze po obejrzeniu zupełnie się nie zgadzam, moim zdaniem forma i tresc sa genialne.
    Wydaje mi sie, ze jest to kwestia tego czy ktos dostrzega to, co chciał przedstawic rezyser czy nie. Niektórzy po prostu widza to co widac na pierwszy rzut oka czyli forme, a tresci po prostu nie kupuja. Jest to kwesita interpretacji i nie ma sie co sprzeczac kto ma racje - do jednego ten film trafia, a do drugiego nie.

  • 5/10 to adekwatna ocena. popieram w wiekszosci ogolne spojrzenie na ten film autora tematu. zadziwia mnie popularnosc filmow,w ktorych wystarczy rozlozyc film na kilka plaszczyzn czasowych, polczaczyc je jakas chwytajacym za serce wątkiem rodem z telenowel brazylijskiej. wobec tego po takim filmie wiekszosc slepych fanatykow rekwiem rzeczywiscie uzna ten film za arcydzielo , geniusz , kosmos , outstanding itp kiedy to bardzo przecietny film .

    • 5/10 to zdecydowanie przesada, oczywiście w tą złą stronę.

      Melwas:

      Pisałeś o drażniącym cię przeplataniu chronologii, nadmiernym używaniu symboliki itp. - wszystko ze względu na bezpodstawność tych środków wynikającą z braku wystarczająco złożonego przekazu. Mam nadzieję że dobrze zrozumiałem - jeśli nie, popraw mnie :).

      Więc najpierw muszę zadać sobie pytanie, a właściwie Tobie - o czym ma opowiadać film ? czym ma być jego meritum, ta najpierwotniejsza esencja z której wywodzi się cała reszta.. abyś uznał jego przekaz za wystarczająco "głęboki" ? - chodzi mi o ujęcie tematu góra w jednym zdaniu. W źródle jest to "śmierć" - ja jakoś mam problem z uznaniem tego za płytkie :).

      "A już nic mnie bardziej nie drażni jak epatowanie symboliką i historią i tworzenie takich obrazków jak ten o konkwistadorach, że nie wspomnę już łączenia takich odrębności jak Drzewo życia, naukowa droga Tommy'ego plus reinkarnacja w której odnajdują się pod wpływem iluminacji bohaterowie... To jest dopiero ignorancja - uwierzyć w tak sztucznie i bezzasadnie, na najbardziej płytkiej płaszczyźnie połączone światy różnych kultur... " -
      -tu mamy wypowiedź Franco pokrywającą się z Twoimi zarzutami (odnośnie przerostu formy)

      No więc, połączenie tych "odrębności" jest jak najbardziej zasadne, zabieg ten ma nam pokazać że wszystkie kultury i religie na przestrzeni wieków przywiązywały dość istotną wagę do śmierci, a właściwie bardziej do strachu przed nią. A ludzie, obdarzeni umiejętnością abstrakcyjnego myślenia "dodawali sobie otuchy" wymyślając te wszystkie historyjki :). Wszystkie te wymysły, choćby nie wiadomo jak różne na pierwszy rzut oka, po rozłożeniu na czynniki pierwsze sprowadzają się do tego samego - próby pogodzenia się ze śmiercią. I o tym konkretnie opowiada ten film.

      Co do zdjęć - melwas - jesteś typowym przykładem widza przyzwyczajonego do amerykańskich efektów specjalnych i to co realistyczne, mylnie odbierasz jako sztuczne. Sam nie raz się złapałem na tym że pewne rzeczy na filmach wyglądały realistycznej niż w rzeczywistości - myślę że sporo osób będzie wiedzieć o co mi chodzi. Co od ujęć nebuli, zobacz sobie w grafice google jak to wygląda bez żadnej obróbki - jak zwykły, namalowany obraz, zero "realizmu".

      Gra aktorska- tu również się nie zgadzam. Jackman (jak dla mnie oczywiście) zagrał przekonująco, współczułem mu i prawie czułem jego cierpienie, a wcześniej determinację i poczucie obowiązku- na pewno dało się to zagrać lepiej, bo ideałów nie ma, ale żadne mankamenty raczej nie przychodzą mi do głowy :).
      Weisz - świetna rola, nie zawsze by wypaść przekonująco trzeba pokazać wachlarz stu min i dwustu różnych stanów emocjonalnych - ale to również tylko moja opinia ;)

      Przepraszam za chaotyczną, momentami wypowiedź i pozdrawiam

  • Tak sobie czytam te Wasze wypowiedzi i dochodzę do bardzo głupiego wniosku, że poza merytoryczną (i brawa, że tutaj dokładnie taka się rozgrywa) dyskusją, nie dojdziemy do żadnych zaspokajających obie strony wniosków.

    W końcu tak ci, którzy są zachwyceni tym filmem, jak również ci, którzy w pewnym stopniu trochę się rozczarowali, nie pogodzą się. I w żadnym wypadku nie chodzi tutaj o to, że lepszy odbiór filmu poprawiłby jego notowania (bo film jest łatwy w przekazie).

    Osobiście przychylam się do wypowiedzi melwasa, że "Źródło" to trochę przerost formy nad treścią. Skądinąd naprawdę banalną, albo ubanalnioną poprzez efekty, i mimo wszystko, bardzo powierzchowne podejście do tematu. Tak jakby Aranofski za wszelką cenę chciał stworzyć dzieło sztuki. Może w sumie sam trochę spłycił fabułę (film nie jest długi, a zawarł w nim trzy odrębne, a jednocześnie zasymilowane wątki). Wziął trochę za dużo z każdej historii i umknęło mu sedno, czyli "miłość, która pokonuje śmierć", "miłość, która jest silniejsza niż śmierć".

    Tego mi w tym zabrakło: sedna. Został banał. Błyszczący, filozoficzno-religijny, ale mimo wszystko banał.

    Z góry przepraszam, jeśli kogoś uraziła moja wypowiedź.

    • Mam podobne zdanie, że film to taki przerost formy nad treścią. Mi się osobiście w ogóle nie podobał. Może pod względem technicznym nie jest zły ale fabuła jest przedstawiona w bardzo nieprzystępny, nieciekawy i nudny sposób. Sceny w kosmosie są ładnie wykonane ale każdy ich pojawienie się wywoływało grymas irytacji. Po tych wszystkich zachwytach nad tym filmem niestety strasznie się wynudziłem i zawiodłem.

    • @Sile
      Hej.

      Piszesz:

      - Wziął trochę za dużo z każdej historii i umknęło mu sedno, czyli "miłość, która pokonuje śmierć", "miłość, która jest silniejsza niż śmierć" -

      Nie zgodzę się. Nie umknęło mu sedno. On po prostu pokazał niestandardową, mistyczną drogą do owego sedna prowadzącą.


      W "Źródle" została pokazana bardzo dziwna, pokręcona choć mimo wszystko spójna droga prowadząca niechybnie do jednego końca. Śmierci. Dr Creo chciał dokonać przełomu wynajdując lekarstwo na chorobę Izzy, jednak już z góry wiadomym było, że to przegrana sprawa. "Nikt nie wymyśli lekarstwa w ciągu nocy" - jak to było w filmie.

      Była to przegrana sprawa, którą Aronofsky przeniósł w czasy konkwistadorów. Misja, której celem jest odnalezienie Drzewa Życia była skazana na niepowodzenie. Jednak bohater szedł dalej, chcąc uratować swoją Królową. Inkwizytor pochłaniał jej tereny jak nowotwór.
      Konkwistador tak mocno chciał w swej ignorancji dostać się do celu, że zapomniał o sprawach ważniejszych. Dla niego wieczne życie było celem i ideą samą w sobie.

      I tutaj pojawia się się trzecia płaszczyzna. Duchowa. Gwiazda, przestrzeń, wirujące, kolorowe obrazy. Nierealny świat tajemnic. Kosmos. Wszechświat. Coś, czego nie możemy ogarnąć, czego do końca nie rozumiemy i nie znamy.

      To jakby dwie strony ludzkiego myślenia. Empiryczna i duchowa. Gdy skłonimy się za bardzo ku jednej z nich, nie będziemy w stanie żyć w harmonii. Film chce pokazać, że jedno wynika z drugiego. Wszystko ma swoją przyczynę.

      Mamy więc obraz Dr Creo, który uparcie dąży do wykonania niemożliwego w danym czasie zadania, nie zwracając uwagi na zdanie Izzy. Jednak koniec końców jego duchowa część wygrywa, gdy śmierć zabiera mu żonę. Bo tylko w jej arkanach jest w stanie nie tyle pogodzić się ze swoją stratą, co spróbować ją zrozumieć.

      Tak mniej więcej mógłby brzmieć ów film. Mówię "mniej więcej", bo każdy może inaczej go interpretować. I to właśnie jest to "coś".

      Tak nawiasem mówiąc, film jest bardzo intymny i na swoim przykładzie wiem, że oglądanie go w kinie raczej nie budzi tylu emocji. Szczególnie, gdy obok siedzi facet i ostentacyjnie konsumuje podgrzaną kukurydzę zwaną popcornem.

      Do tego filmu potrzebny jest cichy pokój, piątkowy wieczór, paczka papierosów i oczywiście dobre nagłośnienie bo to, co stworzył Mansell to arcydzieło w arcydziele.

      Pozdrawiam.

  • Dla mnie 7/10.Tak jest to zwykla banalna historia czy przerost f. nad t nie wiem, wydaje mi sie ze na tym polega kino by zwykle historie opowiedziec czasmi w nowy frapujacy sposob , na pewno nie jest to film wybitny jak np requiem ale bardzo ten film lubie z muzyka mansela swietnie sie komponuje i po prostu cholernie mnie wzrusza.
    Poz.M

  • Jakoś nie chce mi się czytać wszystkich komentarzy tutaj napisanych, aczkolwiek źle mi, kiedy czytam porównywania Requiem do Źródła... Requiem to dla mnie żenada, Źródło - arcydzieło. Dlaczego? Requiem porusza tematykę oklepaną jak ciasto na kruszonkę, a Źródło nie. Nie widziałam dotąd takiego filmu jak Requiem.

    • Tematyka śmierci/zbawienia nie jest oklepana? Śmiem twierdzić iż jest to bardziej trywialne od chleba który codziennie spożywasz ;)

      Dla mnie również jest to przerost formy nad treścią. Bardzo się starałem wczuć w rolę bohaterów, współczuć im - nawiązać jakąkolwiek więź. Niestety do mnie to w ogóle nie trafia. Jeśli ktoś się wypowiada, że gra aktorska była na wysokim poziomie i zaraz dodaje, że jest fanem owej aktorki/aktora, to sorry ale obiektywność takiej opinii należy podzielić przez 5.

    • Miałaś chyba na myśli "Źródło"... ? Tak należałoby przyjąć zakładając, że struktura Twoich wypowiedzi nie jest pozbawiona logiki.

      ```Filmy na ogół poruszają jak to nazywasz "oklepaną tematykę". Uogólniając "Requiem..." dotyka tzw. problemu narkotykowego i masy innych problemów z niego wynikających, "Źródło" porusza problem umierania, radzenia sobie z odejściem bliskiej osoby etc. Oba tematy uznać można za oklepane.

      ```Istotna jest umiejętność omawiania/przedstawienia problemu przez reżysera. W obu przypadkach sposób ujęcia rzeczywistości jest co najmniej niebanalny. Nazywanie "Requiem..." żenadą wydaje mi się być całkowicie nieuzasadnione, jakkolwiek bezsprzecznie masz prawo do swojego zdania, ciekaw jestem tylko jaki punkt odniesienia przybierasz i co określasz jako swój wyznacznik przy ocenianiu. Nie wiem w jakim innym filmie o tym "cieście na kruszonkę" udało się reżyserowi tak dobitnie nakreślić i przekazać widzowi specyfikę beznadziejności w jakiej może znaleźć się >substancja ludzka< ;-).

      ```Analizując twórczość Aronofskiego trudno jest zauważyć jakikolwiek >spadek formy<. Jeżeli do "Requiem..." podchodzi się stosunkowo późno to ogólny przekaz może zostać wypaczony przez to, że nadużywana przy każdej okazji niczym Carmina Burana oprawa muzyczna Kronos Quartet już tak nie paraliżuje.

      ```Większość filmów Aronofskiego nie pozostawia na (wrażliwym (?) ) odbiorcy suchej nitki, zarówno jak totalna degrengolada egzystencjalna ukazana w "Requiem...", jak i IMPLOZJA w końcowej scenie "Źródła", która w moim odczuciu w pełni oddaje ładunek jaki ten film w sobie niesie.

  • 10/10 Brak słów. Piękno w czystej postaci. Muzyka i obraz. Jeden z najbardziej poruszających filmów. Nie widzę przerostu formy nad treścią. Pozdrawiam serdecznie wszystkich fanów źródła zwłaszcza :)

  • Witam!
    Ciekawa krytyka, niestety dosyć powierzchowna. Wydaje się że nie poświęciłeś temu filmowi zbyt wiele czasu, a jest to dzieło "nituzinkowe" i owego czasu wymaga.
    argumenty przemawiające na korzyść filmu:

    1. Forma - znakomita sprawa. Film od początku do końca serwuje widzowi masę ciekawych obrazów i scenografii, przyciągająca kolorystyka i plastyka ( w szczególności w scenach z kosmosem ). Bardzo dobrze "ubrane" są sceny z inkwizycją, a także buddyjska ( ? ) przemiana głównego bohatera. Pisanie o sztuczności jest nie na miejscu ze względu na fakt iż argument taki nie ma sensu. Przestawianie fantastycznej wizji w kosmosie, w połączeniu z mistycznymi przemianami przy niezwykle dużej dozie metaforyzmu i symboliki ma być naturalne ( chodzi ponownie o sceny w kosmosie ponieważ w reszcie filmu nie ma nawet krztyny sztuczności ) ? toż to jakieś żarty są...

    2. Głęboka treść - jeżeli ktoś uważa że film jest banalny to znaczy że go nie zrozumiał ( nie chcę nikogo obrażać ). Obraz traktuje o umieraniu, miłości, walce z chorobą, przedstawia konflikt romantyzmu
    z racjonalizmem, mówi sensie istnienia, ograniczonych wobec natury możliwości człowieka i sposobie w jaki człowiek się do tego faktu odnosi, przez cały film rozważana jest nadzieja i jej kruchość, poruszane są wątki religijne, duchowość istot ludzkich różnych kultur, przemian duchowa i jej ich domniemane skutki. Jeżeli tego jest mało
    i jest to płytkie, muszę przyznać że Forrest Gump jest bajką dla dzieci.

    3. Film nie traktuje widza jak idioty podając mu wszystko na tacy. Intensywna symbolika i metaforyka tegoż obrazu skłaniając do refleksji, wymagają skupienia, nie pozwalają przejść obok obojętnie. Źródło jest filmem który trzeba oglądać z pełnym zaangażowaniem a nie chrupiąc popcorn i bawiąc się telefonem jednocześnie. Reqiuem było o wiele prostsze w przekazie dlatego też ma więcej zwolenników, ale co do treści i fabuły to nie ma podskoku do Źródła.

    4. Forma o której już wspominałem, znakomicie współgra z muzyką
    ( będącą samą w sobie arcydziełem ). Obrazki kiedy dokonuje się przemiana Jackmana wraz ze ścieżką dźwiękową dają powalający efekt.

    5. Źródło jest filmem niepowtarzalnym, innowacyjnym, całkowicie odrębnym od reszty o podobnej tematyce. Trudno znaleźć film podobny, zbliżony w jakikolwiek sposób.

    6. Postacie - przede wszystkim "konflikt/kontrast" głównych bohaterów . Weisz jako kobieta, która kieruje się instynktem, ma świadomość tego że umiera, jest z tym pogodzona, wie że śmierć jest naturalnie przywiązana do życia, stara się przygotować na nią a nie walczyć z nią, pragnie aby ukochany był przy niej do końca a nie próbował ją ratować, z drugiej strony Jackman który odrzuca naturalną kolej rzeczy, wierząc w potęgę ludzkiego umysłu, starając się pokonać naturę w imię miłości, nie zważając na prośby Weisz, który w końcu okazuje się głupcem i dzięki temu że uświadamia sobie swoje ograniczenia ( niemożność pokonania śmierci ) przechodzi przemianę i kończy książkę, dowiadując się że pomimo śmierci będzie z Weisz na zawsze.


    Opinie typu przeintelektualizowana papka, przerost formy nad treścią są błędne i śmieszne. Treść jest niezwykle bogata ale trzeba chcieć po nią sięgnąć. Forma przyciąga i hipnotyzuje, prezentując fabułę sposób ciekawy, niebanalny, wciągający, a co najważniejsze przemyślany w najdrobniejszy szczególe. Film jest niezwykle intensywny ( forma i treść ) i ta intensywność jest wydaje mi się dla niektórych "niedoogranięcia" - stąd te negatywne opinie.
    Radzę obejrzeć film jeszcze raz bo warto.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: