Léa traci talent [4/10]

13-letnia Ava zaczyna tracić wzrok i wzorem typowej bohaterki filmów "autorskich" będzie to dla niej pretekstem, aby robić najbardziej absurdalne rzeczy jakie tylko wymyśli dla niej debiutująca reżyserka/scenarzystka Léa Mysius.

Szkoda tego filmu. Bo zaczyna się naprawdę nieźle, zapowiadając się na dramat o zmaganiach ze świadomością nadchodzącej utraty wzroku i problemach z porozumieniem z nieodpowiedzialną matką. Film jest świetnie zagrany - wielkie brawa dla młodziutkiej tytułowej bohaterki (Noée Abita), nieźle sfilmowany, ma świetną muzykę. Jednak wkrótce historia stacza się w odmęty młodzieńczego buntu, gdzie absurd goni absurd, działania bohaterów są nielogiczne, nieprawdopodobne i nijak nie wynikają z rozwoju fabuły. Miałem wrażenie jakbyśmy jednocześnie ze stopniowo tracącą wzrok Avą oglądali stopniową utratę talentu reżyserki. Gwoździem do trumny jest żenujący ostatni akt, urywający się zresztą bez żadnego zakończenia.

2
  • Trudno się nie zgodzić z ta opinią. Film mierny. A tak na marginesie, komu poleciłbyś ten film?

    • Dziwne pytanie... :) Skoro mi się nie podobał, to trudno mi go polecać.

      No ale dobra - zastanówmy się... Może miłośnikom kina autorskiego, którzy nie wymagają od filmów, aby ich scenariusz trzymał się kupy i przedstawiał logiczne i prawdopodobne wydarzenia oraz wiarygodne psychologicznie zachowania bohaterów? Myślę, że jakbym był kimś takim, to mógłby mi się bardzo podobać. A tacy ludzie jak najbardziej istnieją. "Ava" też zgarnęła kilka nagród (chociaż żadnej za scenariusz).

      • No właśnie. Logiczne i prawdopodobne historie dobrze wchodzą, tak samo jak permanentne szaleństwo (no może nieco jednak okiełznane). Ale po tym filmie widać najlepiej, że umiejętność robienia filmów "pomiędzy" to jest prawdziwa sztuka.

        • O, cenna uwaga. Ja absolutnie nic nie mam do surrealizmu w kinie - wręcz przeciwnie, bardzo lubię. Uwielbiam np. Lyncha czy Jean-Pierre Jeunet. Ale to zupełnie inna kategoria. Przy takich filmach zawieszamy niejako naszą niewiarę w logikę opowieści, podobnie jak przy przygodowym kinie SF akceptujemy, że statki kosmiczne wydają dźwięki w próżni.

          Ale gdy przez pierwsze 15-20 minut film jest realistycznym dramatem, po czym np. kobieta porywa sobie z lasu wilka i zaczyna z nim "zwyczajne" życie w miejskim bloku:
          http://www.filmweb.pl/user/Marac/blog/575991
          to ja wysiadam na najbliższym przystanku.

          Zresztą tfurcy takich filmów jak "Wild" lub "Ava" wcale nie celują w surrealizm typu Bunuela, tylko w swoim mniemaniu kręcą właśnie realistyczne przejmujące dramaty, o czym można się przekonać czytając ich wypowiedzi na temat swoich dzieł.

          A a propos Bunuela, to on był właśnie mistrzem filmów "pomiędzy", gdzie surrealizm unosi się jedynie dyskretnie jak mgiełka nad powierzchnią stawu o świcie. U niego kupujemy bez mrugnięcia okiem postać ambasadora nurkującego pod stołem albo ludzi maszerujących drogą donikąd - ale też u niego takie sceny są zamierzenie abstrakcyjne.

          • A to ciekawe z tym Bunuelem, bo pisząc o tym filmie chciałam sobie przypomnieć "Mleczną drogę" na odtrutkę :)

            To zawieszenie konwencji jest na prawdę przystaniem na niestandardową narrację zaproponowaną przez reżysera. I właśnie to może wtedy działa, jeżeli opowieść nawiązuje do jakiś kanonów by zmiażdżyć na naszych oczach. Żeby coś takiego zrobić, trzeba te zasady znać, czyż nie? Oczywiście choćby okruch tej wiedzy potrzebny jest widzowi, wtedy film lepiej smakuje. Najwyraźniej w "Avie" reżyser łamie sobie znane konwencje, a widz przez jakiś czas przestraja swój mózg na potrzeby tej historii by szybko poddać się.

            Bunuel wydaje się najbardziej czytelny (choć wielowymiarowy i niejednoznaczny) w tych udziwnieniach. To w sumie takie klasyczne opowieści przejechane walcem prowadzonym przez reżysera.

            Co do "Wild" to nie widziałam (recenzja filmu w punkt, heh). Z tego co mówisz, to historia mało prawdopodobna, a z drugiej strony trudno przyswajalna alegoria. To jeden z klasycznych błędów scenariuszowych. Dla mnie jaskrawym przykładem dobrze działającego "prawdopodobieństwa" w scenariuszu to niektóre filmy z "Czarnego lustra".

            • "chciałam sobie przypomnieć "Mleczną drogę" na odtrutkę"

              Haha. :) Mój ulubiony Bunuel (z tych kilku, które widziałem - właśnie patrzę ile on tego nastukał, łał...)

              "I właśnie to może wtedy działa, jeżeli opowieść nawiązuje do jakiś kanonów by zmiażdżyć na naszych oczach"

              Nie wiem - nie podejmuję się dywagować co trzeba robić, żeby nakręcić udany film. :) Moim zdaniem to są sprawy tak ulotne, że nie da się tego ująć w żaden przepis. Czasem film zrobiony niby tak samo jak jakiś inny dobry wychodzi beznadziejnie. O, weźmy Tarantino. Jego filmy nie są surrealistyczne, ale zawierają przecież niesamowite stężenie nieprawdopodobnych zdarzeń. A widz to łyka jak młody pelikan. Jakiemu innemu reżyserowi uszła by na sucho fabuła, w której:
              - pistolet sam wypala w samochodzie i rozwala głowę pasażerowi
              - bohater spotyka przypadkiem na ulicy gościa, który chce go zabić
              - bohaterowie trafiają przypadkiem do lombardu prowadzonego przez szajkę gejowskich gwałcicieli-morderców
              - bohater opróżnia pełny magazynek z odległości kilku metrów i nie trafia w dwóch facetów
              - bohater uchodzi z życiem z zasadzki w swoim mieszkaniu, bo morderca siedzi akurat na klopie.

              Wszystko to (i wiele więcej) w jednym filmie. Oczywiście tam jest dekonstrukcja kina sensacyjnego - ale czy reżyserka "Avy" (czy nieszczęsnego "Wild") próbowała łamać jakieś konwencje? Nie wydaje mi się - twórcy kina autorskiego często niestety każą bohaterom zachowywać się w oderwany od życia sposób i moim zdaniem kieruje nimi chęć uartystyczniania dzieła (ach och jaki ten mój bohater oryginalny) a nie łamania konwencji. Reżyserka "Wild" wprost w wywiadach mówi, że jej film to dramat, chociaż wielu widzów oglądając z niedowierzaniem ten festiwal absurdu zakłada, że to musi być pastisz (na forum pod filmem uczestniczyłem w dyskusji z taką osobą, której nie mieściło się w głowie, że to było na poważnie).

              Ostatnio oglądałem taki short, w którym matka z dwiema córkami po śmierci męża/ojca przeprowadza się do bloku mieszkalnego umieszczonego we wnętrzu silosa stojącego pośrodku pola (tak właśnie - dobrze przeczytałaś). Córka nastolatka rzuca się w wir przygodnego seksu z kim popadnie. Młodsza dziewczynka zaprzyjaźnia się z zaburzonym podrostkiem, który w ramach zapoznania się, bez słowa spuszcza przed nią spodnie, prezentując swojego pisiorka. Jak chcemy filmować takie fabuły, to może uczyńmy bohaterami Blablanów z planety Umaguma w gwiazdozbiorze Strzelca - wtedy widz może sobie pomyśleć - cóż, widocznie Blablanowie tak postępują - w końcu to inna cywilizacja.

              "recenzja filmu w punkt"

              Dzięki, no ale jak nie widziałaś, to może wcale nie... ;-) Recenzent z FW był zachwycony.

              "Czarnego lustra" jeszcze nie oglądałem niestety.

    • Ja bym poleciła ten film młodszym widzom - bo uważam, że to dobry film dla młodych kinomanów, którzy są w stanie identyfikować się z bohaterką. Natomiast widz z wyrobionym smakiem przejdzie obok Avy raczej obojętnie, nic nie jest w stanie tutaj prawdziwie zachwycić.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: