Wiele osób pisze, że wątek miłosny Bruce'a Wayne'a i dr Chase Meridian w "Batman Forever" był naciągany.

To prawda, ale nic nie przebije tego, co było w pierwszym Batmanie Burtona.

Vicki Vale idzie na przyjęcie Bruce'a, bo ma się na nim zjawić Gordon (a raczej to, co go zjadło, bo waży pewnie z 200 kg), a ona razem z kumplem z redakcji pracuje nad artykułem o Batmanie i oboje liczą na jakiś wywiad z komisarzem. Vale nie ma pojęcia, kim jest Bruce ani czym się on zajmuje, a nawet jak wygląda (on w ogóle w tym filmie jest takim randomowym Kowalskim - ani razu nie wspomina się o Wayne Enterprises i nikt nic o nim nie wie, co oczywiście nie przeszkadza mu w zorganizowaniu imprezy, na której ochoczo zjawia się cała śmietanka Gotham). Wpadają na siebie przypadkowo, a jakiś czas później Bruce zaprasza ją do siebie na kolację. Gadają jak starzy znajomi, a potem całują się i śpią ze sobą na pierwszej randce.

Magia kina.

Oczywiście Bruce ani przez chwilę nie ma wątpliwości, jakie targają nim przez całe BF z Kilmerem. On chyba w ogóle nie lubi zbyt dużo myśleć, co idealnie widać w scenach, w których z rozdziawioną gębą chodzi jak zombie, gdy banda Jokera zabija Vinniego (piórem) i pozostałych współpracowników Grissoma albo gdy w mieszkaniu Vicki wymachuje pogrzebaczem przed nosem uzbrojonego Jokera, który nawet niespecjalnie zamierzał go skrzywdzić.

Swoją drogą Keaton nieco uspokoił mnie przed zbliżającym się wielkimi krokami popisem Afflecka, bo bycie gorszym Batmanem od niego jest zwyczajnie niemożliwe.

8
  • e tam, milosc od pierwszego wejrzenia to akurat czesty motyw w filmach.

  • Jak dla mnie Keaton był bardzo dobry w roli Batmana, nawet równa się z Balem. Nie wiem dlaczego ci się nie podobał, ale każdy ma swoje gusta.

  • Pamiętasz że Joker zabił jego rodziców ? I na tym cały wątek Batman - Joker się opiera ?

    • Nie jestem pewna, kiedy on powiązał to wspomnienie z Jokerem, bo ja to odebrałam tak, że po tym tekście z diabłem. W tej scenie chodziło chyba o to, że Joker próbował wcześniej skrzywdzić Vicky, a później pojawił się w jej mieszkaniu, kiedy był w nim Wayne. Krótko mówiąc, chciał chronić kobietę przed psychopatą.

      • To mój stary wpis, ale powtórzyłem sobie "Batmana" parę miesięcy temu.
        Też widzę że "załapał" dopiero po tym jak Joker zapytał go o taniec w mieszkaniu Vicki.
        Scena w mieszkaniu właśnie temu "służy", tej konfrontacji i aby Joker zadał to pytanie.
        Natomiast faktycznie zgadzam się że zachowanie było podyktowane ochroną Vicki i odciągnięcia uwagi Jokera (o czym zresztą świadczy "zabezpieczenie się" tacą)
        Zachowanie gdy idzie w tej scenie strzelaniny

        http://www.youtube.com/watch?v=Z771IIzt7us

        to z jednej strony podkreślenie powiązania Jokera ze śmiercią rodziców -Bruce wraca przecież z zaułka gdzie zginęli.. z drugiej -szok bo widzi kogoś kto przecież zginął na jego oczach straszną śmiercią.
        z trzeciej..
        "Batmana" bardzo mocno postawił na podział osobowości. Bruce Wayne i Batman to w zasadzie dwie różne osoby, on się bardzo mocno psychicznie zmienia gdy zakłada maskę. To nie jest tak że w tych scenach z pogrzebaczem czy strzelaniny jest Batman po cywilnemu.
        no i po czwarte - Burton chciał od samego początku podkreślić tymi scenami bardzo osobistą relację pomiędzy nimi. Joker zabił rodziców Bruce'a, wskutek działań Batmana Jack Napier wleciał do kwasu. Joker stworzył Batmana ale Batman stworzył Jokera.

        • W większości się zgadzam, tylko tego podkreślenia "powiązania Jokera ze śmiercią rodziców -Bruce wraca przecież z zaułka gdzie zginęli" nie umiem w żaden sposób ani potwierdzić, ani obalić (ja sama tak tego nie odczytałam).

          Chyba trochę się odnosisz do wypowiedzi autorki/autora wątku, bo dla mnie zachowanie Bruce'a w "Batmanie" jest raczej naturalne i zrozumiałe (z wyjątkiem tej sceny na dachu pod koniec, bo to było strasznie naciągane), oczywiście przyjmując pewną konwencję filmu. Obecnie oczekujemy trochę innych rzeczy od filmów, niż w latach 90. Niemniej dla mnie pierwszy film Nolana jest nazbyt patetyczny i raczej przegadany (nie oglądałam jeszcze pozostałych części), momentami wali po oczach ekspozycją, że aż boli. Czyli w jednym aspekcie robimy krok w przód (wizualnie widać rozwój kinematografii, sceny akcji są bardzo przyjemne, zatkano kilka dziur fabularnych), w innym w tył (montaż, kreacja bohaterów) lub stoimy w miejscu (niektóre rozwiązania fabularne).

          • Tak to powiązanie jest nieoczywiste ale przecież Bruce poszedł do zaułka gdzie zginęli jego rodzice - zastrzeleni przez Jacka Napiera - a idąc stamtąd trafia na.. Jacka Napiera we własnej osobie.

            Co uważasz za naciągane na scenie na dachu pod koniec ?

            • To, że oni tak niemiłosiernie długo zwisali, a Batman zamiast użyć tej wyrzutni, czekał, nie wiem, na co. https://youtu.be/ptNkOgvfd1E?t=1m21s

              • A, no tak. Ale to tylko cześć sceny służąca zamaskowaniu czegoś, w końcu to był w dużej mierze film dla dzieciaków.

                Zapytałem, bo akurat mam opracowaną ta scenę w jednym materiale który przygotowywuję na bloga, więc od razu mogę napisać "na fulla":

                Najpierw więc Batman odciąga balony ratując ludziom życie. A potem wyciąga rakiety i miniguna aby zrobić masakrę, na zimno wybić armię zbirów i Jokera. "Złagodzone" jest to dziwacznym systemem celowniczym, absurdalną komediową sceną z rewolwerem Jokera oraz tym że Jokerowi nic się nie stało (kij więc z tym że właśnie zginęło ileś tam zbirów - wszyscy właściwie których Joker tu miał :)
                Następnie "wkracza" Vicky Vale i Joker ją porywa, więc Batman musi ja dzielnie ratować. Tylko.. dzięki temu nie zastanawiamy się że on i tak poszedłby za Jokerem. Aby go zabić. Co chciał zrobić przed momentem. czego, prawdopodobnie nie zauważyliśmy (daleko nie szukając, youtuber którego filmik dałem przy omawianiu "Batmana" - w ogóle tego nie zauważył).

                http://www.youtube.com/watch?v=srM02ykQQ-4

                1.10 - Batman wprost mówi że zabije Jokera. Jest to jednak "niezaznaczone" no i cóż.... Większość nie zwróci uwagi.
                1.35 - 1.38 tutaj warto zwrócić uwagę na "granie oczami" Batmana
                1.45 i 1.52- 1.54 , 1.59 - 2.04 przerażona tym wszystkim Vicki . Najwyraźniej nie tego się spodziewała.
                2.13 - 2.16 przeszywające spojrzenie oczu Batmana i.. Batman jednym ciosem zwala Jokera z dzwonnicy w przepaść
                2.18 - 4.46 - scena która ma odwrócić od tego uwagę. Joker niby przeżył, Batman i Vicki sa zagrożeni, Batman ratuje Vicki, Joker ucieka, Batman stara się go zatrzymać i Joker ginie gdzie jednak Batman nie wygląda na zimnego zabójcę, właściwie być może jego intencją nie była śmierć Jokera? Przywiązał go tylko do posągu. Pewnie, gdyby to było krwawe rozstrzelanie z karabinu maszynowego albo brutalne zrzucenie w przepaść.. Ale tego przecież w tym filmie nie było, prawda?
                I pomyśleć że na ten film dzieciaki waliły drzwiami i oknami a oficjalnie rodzice się przyczepili w kolejnej części do wyglądu Pingwina ^^
                Burtona by chyba spalono na stosie za to co zrobił w tym filmie . Gdyby to rozumiano, of course:p
                A tak - po prostu wyleciał za pretekstową głupotkę. Jak James Gunn po "Strażnikach Galaktyki vol 2" ^_^
                Czyli - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :p
                Mamy jakby "dwie warstwy" w zależności ile dostrzegamy. Dla dziecka i widza prostszego, potocznego, nieuważnego - mamy prostą, "komiksową" opowieść o walce dobra ze złem.
                Dla widza bardziej uważnego i wymagającego - brutalną opowieść o zemście.

                A Tim Burton "Batman Returns" zrobił już w zasadzie cały w ten sposób.



                • Nie chodzi o to, że nie zrozumiałam tej sceny, tylko że jest przeciągnięta. To zabieg twórców, którzy chcieli stworzyć napięcie oraz umieścić efektowną scenę spadania i ratowania się w ostatniej chwili.

                  Wiem, iż Batman chciał się zemścić. Nie uważam, że twórcy muszą mi wszystko wprost, łopatologicznie wykładać, jak w u Nolana.

                  Nie zmienia faktu, iż potrafię dostrzec, że Burton zastosował kilka tanich chwytów.

                • No cóż, ja uważam tak jak napisałem - że to odwrócenie uwagi. A mam niezły materiał porównawczy bo jako dzieciak widziałem "Batmana" w kinie i pamiętam jak go odebrałem ;)

                • To teraz faktycznie warto byłoby zadać pytanie, do jakiej grupy był ten film kierowany. Być może na tym polega problem, że stał on w rozkroku i nie wiedział w którą stronę chce pójść? Jeśli tak, nadal uważam to za błąd w sztuce.

                  Swoją drogą, oglądałam ten film kilka razy, w tym za dzieciaka, i wtedy też mnie ta scena irytowała.

                  Niemniej dziękuję za ten przypis, daje do myślenia. W sumie, może i ma to sens, bo druga część jest już mocniejsza i bardziej burtonowska.

                  Trochę mnie zirytowała ta analiza, bo pod względem treści nigdy nie uważałam tego filmu za skomplikowany i sama fabuła jest moim zdaniem dość oczywista, nawet jeśli nie wszystko zostało wyrażone wprost. Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że mógł istnieć pewien konflikt na linii reżyser - producenci/marketing.

                  Jeśli mogę coś poradzić, to sugerowałabym, żeby na blogu opisać to nieco zwięźlej i bardziej przejrzyście, bo brzmi dość chaotycznie (poprzedni komentarz, ten z analizą).

                • Tam to jest przykład kiedy chcę pokazać właśnie tego typu "techniki" zaciemniania i odwracania uwagi.

                  Co byś poprawiła?

                  Dzisiaj "filmy" superhero to szerszy nurt ale w większości są kierowane jednak do młodszego widza w czym przodują zwłaszcza produkcje Marvela. Jednak w pewien dziwny sposób i starsi widzowie często myślą o filmach "komiksowych" jako takich właśnie prostych i pogodnych bajkach jakie pamiętają z czasów "za młodu".

                  W 1989 roku komiksy a więc i filmy na ich podstawie w dużej mierze - to były takie "głupoty dla dzieciaków" z "których się wyrasta".

                  Ale wiadomo było że na pierwszy duży film o Batmanie - i ogólnie, także dalsze filmy o Batmanie - dzieciaki będą waliły drzwiami i oknami.
                  Filmy więc były robione w dużej mierze z myślą o widzu młodszym.
                  Inna sprawa że reżyserzy wtedy "robili kino" i starali się podejść do tematu nieco ambitniej. I tak właśnie podszedł do tematu Burton.

                  Jakiś czas temu pisałem teksty na blogu właśnie o starych Batmanach Burtona i Schumachera, jeśli chcesz -można poczytać :)

                  https://www.filmweb.pl/user/Rozgdz/blog/582039

                  https://www.filmweb.pl/user/Rozgdz/blog/582093

                  https://www.filmweb.pl/user/Rozgdz/blog/582118

                  https://www.filmweb.pl/user/Rozgdz/blog/582461

                  https://www.filmweb.pl/user/Rozgdz/blog/582679




                • Co bym zmieniła? Poprawiła styl, bo tekst pisany różni się od mówionego. Rozumiem, że Twoim celem jest zaciekawienie odbiorcy, stąd te urywane zdania, zaczynanie od spójników i pytania retoryczne. Na dłuższą metę jest to jednak męczące dla czytelnika. W wielu miejscach zrezygnowałabym z elementu suspensu i wprowadziła zdania wielokrotnie złożone. Ponadto pozbyłabym się kolokwializmów, anglicyzmów (nie ma tu terminologii) i niektórych metafor. Np. zamiast: "Burtona by chyba spalono na stosie za to co zrobił w tym filmie . Gdyby to rozumiano, of course:p", napisałabym raczej: "Gdyby zrozumiano, co Burton zrobił w tym filmie, spotkałby się z dużą krytyką i nie mógłby zrealizować kolejnej części."

                  Podzieliłabym też ten wpis na wątki i po każdym nowym wątku zrobiła dużą przerwę (akapity). Np. jeden akapit - wstęp, drugi - opis sceny, trzeci - interpretacja sceny, piąte - wizja reżysera a wizja producentów, piąty - podsumowanie.



                  Co do Batmana Burtona, to odbierałam go (i nadal odbieram) jako współczesną baśń o walce dobra ze złem. Przy czym odwołuję się do tradycji braci Grimm i Andersena, a nie tego, co później zrobiono z pojęciem baśni. Kluczowe jest dla mnie to, że u Burtona dobro zwycięża nad złem. Nie wszystkie relacje są proste i jednoznaczne, ale nadal Batman jest postacią pozytywną. Ponadto Bruce Wayne jest sympatyczny, dowcipny i ciepły - sceny z nim pozwalają widzowi złapać oddech.

                  Jak napisał kiedyś Terry Pratchett: "Most people forgot that the oldest stories are, sooner or later, about blood. Later on they took the blood out to make the stories more acceptable to children, or at least to the people who had to read them to children rather than to the children themselves (who, on the whole, are quote keen on blood provided it’s being shed by the deserving*), and then wondered where the stories went."

                  To, że postacie w filmach umierają, nie jest tym, co mnie najbardziej odrzucająca w Batmanach Nolana. Raczej to, że ich śmierć jest mechanizmem fabularnym (ok, u Burtona też do pewnego stopnia była, ale tam mieliśmy to na mniejszą skalę, skupialiśmy się na pojedynczych osobach, co budziło głębsze emocje - przynajmniej u mnie). Ponadto przestępcy mieli jakąś zrozumiałą dla mnie motywację, podobnie jak główny bohater. U Nolana jest walka o ideały i to niekoniecznie do mnie przemawia (przynajmniej nie w tej formie).

                  Nie ukrywam, że kiedy byłam młodsza nie zastanawiałam się nad moralnością Batmana - przyjęłam konwencję, w której jest superbohaterem i ma prawo robić to, co robi, tak jak przyjmowałam pewne schematy w baśniach Grimmów. Z drugiej strony - to było kino rozrywkowe, a nie ciężki dramat i w sumie wydaje mi się to w porządku.

                • Hm, dzięki za uwagi, zastanowię się ale nie wiem czy w tym kierunku coś zmienię. To nie mój styl :)

                  Jeśli chodzi o Batmany Nolana to pierwszy uważam za dobry (7/10), drugi za b. dobry (9/10) a trzeci za tragicznie głupi - jeśli dobrze pamiętam dałem 4/10 gdzie uwzględniłem duże plusy za aktorów i realizację. Aczkolwiek broni się jako efektowna bajka dla dzieci, patrząc jednak na wcześniejsze części - chyba nie o to chodziło.

                  To o baśni w stylu braci Grimm i Andersena - jak to przeczytałem to uważam że trafiłaś w punkt zwłaszcza "ale nadal Batman jest postacią pozytywną"

                  Moim zdaniem Burton pokazał kogoś bardzo mrocznego, niebezpiecznego kto mógłby być większym psychopatą i zagrożeniem od Pingwina czy Jokera (i tak naprawdę kimś takim jest) ale jednak ma w sobie ten silny jasny pierwiastek który stawia go po stronie dobra i czyni bohaterem.
                  Mrocznym bohaterem.
                  I tego mi w dużej mierze brakuje u Nolana - nie rozumiem skąd tam jest ta obsesja bycia Batmanem, w ogóle taki pomysł, postać Batmana/Wayne'a wydaje się zbyt prosta, jasna, "wygładzona". Nie bardzo widzę czemu przestępcy mają się go bać - to tylko facet w kostiumie.
                  Natomiast doskonale widzę czemu mają się bać w filmach Burtona :)

                  U Nolana mam też inne poważne zgrzyty, np z jednej strony niby podchodzimy do wszystkiego "realistycznie" z drugiej - ni z gruchy ni z pietruchy - wypada banda wojowników ninja która spaliła starożytny Rzym albo pojawiają się Technologiczne Machiny rodem z sf.

                  Katastrofalne są też "zaskakujące" twisty na koniec które niczemu nie służą bo postać i tak dosłownie za chwilę zejdzie z tego świata "haha, to ja twój kumpel i mentor - jestem Ras Al Ghul !"- potem w dalszej części będzie "powtórka".
                  Sam pomysł na takie relacje z Batmanem jest dobry, tylko co z tego skoro tych relacji w filmach Nolana nie ma.

                • Jeśli chodzi o aspekt sci-fi, on mnie nie boli, wręcz przeciwnie, moim zdaniem jest to jeden z mocniejszych aspektów produkcji. Zresztą, sprzęt u Burtona też był supernowoczesny i wyprzedzający swoje czasy, tylko my już teraz go tak nie odbieramy. Poza tym Tim wprowadził sporo udziwnień, które w ogóle nie miały praktycznego zastosowania, ale wyglądały cool, jak pieczara Batmana (która jest skrzyżowaniem dość nietypowej, nieobrobionej jaskini oraz modernistycznego biura).

                  Po obejrzeniu "Mrocznego Rycerza" doszłam do wniosku, że przedstawiono tu zupełnie coś nowego; że nie chodzi o ponowne opowiedzenie historii Batmana, tylko o stworzenie pretekstu do przedstawienia jakiejś futurystycznej dystopii, uosabiającej lęki współczesnych ludzi.

                  Na to, że nie widzisz, czemu przestępcy mieliby bać się gościa wyposażonego w supernowoczesny sprzęt, doskonale wyszkolonego i potrafiącego poradzić sobie z całymi hordami skorumpowanych zbirów, mam dwa wytłumaczenia. Po pierwsze, Bale'owi totalnie brakuje charyzmy. Ciągle nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowano się właśnie na niego. Po drugie, my go widzimy "od kuchni", co sprawdziło się u Burtona, ale w nowej serii całkiem nawala.

                  Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Strasznie nie podoba mi się sposób budowania relacji u Nolana. W "Batman - Początek" jest strasznie dużo nadprogramowych, patetycznych dialogów. Ludzie tak ze sobą nie rozmawiają (jestem to w stanie zaakceptować u Sofoklesa czy Szekspira, ale nie w filmie akcji, który uważa się za realistyczny). Ponadto komunikaty są kilkakrotnie parafrazowane, jakby zakładano, że widz jest debilem. Nawet w chwili śmierci czy jakiejś bardzo stresującej sytuacji, bohaterowie mają w głowie gotowe przemówienia. W efekcie wychodzi to wszystko mega sztucznie. Jest mi przykro patrząc, jak dobrzy aktorzy grają płaskie, papierowe postacie. W pierwszej części jedynie rola psychopatycznego doktorka była jakaś. Poza tym, Rachel i Wayne to, moim zdaniem, najgorsza para od czasów "Spidermana" z Dunst jako MJ. Poza tym, ta historia byłaby zwyczajnie lepsza, gdyby tych dwoje łączyła tylko przyjaźń. Niby Nolan odchodzi od konwencji typowych filmów superbohaterskich, ale sztampowy związek musi być?

                  W "Mrocznym Rycerzu" dali więcej akcji, mniej monologów oraz dwie postaci, które zbudowały ten film. Joker był naprawdę straszny i odrażający, a Dent wspaniały (kibicowałam mu przez cały film). Nadal jest trochę drewna, klasyczny trójkąt i ten beznadziejny pocałunek Wayne'a z Rachel. (Jak można trzymać rękę w kieszeni, kiedy się kogoś całuje? W ogóle, dla mnie Bale całą swoją postawą pokazuje, że ma tę dziewczynę gdzieś. Gdyby nie to, że "50 twarzy Greya" wyszło później, uznałabym ten film za inspirację dla wizerunku Wayne'a.) Jednak ja tracę wiarę w sens tego filmu wtedy, kiedy traci wiarę w sens czegokolwiek Dent. Na koniec życzyłam sobie, żeby rozwalili to wszystko w cholerę, z irytującym Balemanem na czele. Jeśli taki był zamysł twórcy, udało mu się doskonale - świetne granie na emocjach widza.

                  Wiele osób uważa, że ten film ukradł Joker. Moje serce skradł Eckhart, który o wiele bardziej przypomina mi starego Batmana, a zarazem złoczyńców z klasycznych komiksów. To jego chciałabym zobaczyć w kolejnym filmie, nie Bale'a.

                  Dla mnie "Mroczny Rycerz" nie jest idealny. Niechęć lub obojętność widza do praktycznie wszystkich postaci i zanik wiary w ludzkość mogły być zamysłem reżysera.
                  Niemniej nawet w takiej sytuacji wycięłabym kilka ekspozycyjnych scen, w których aktorzy MÓWIĄ kim są i co czują, zamiast to ZAGRAĆ oraz banalny, patetyczny tekst Oldmana na koniec (tylko podsumowuje, powtarza informacje, które już słyszeliśmy) - po mowie pogrzebowej, zostawiłabym ujęcie uciekającego Batmana z dobrą muzyką i tyle.

                • Bale jako Batman? Wayne jest moim zdanie kiepski w dwóch pierwszych filmach ale -paradoksalnie - trzecie część pokazuje że to wina reżysera a nie aktora. W trzeciej części Bale ma bardziej złożoną postać i -przynajmniej moim zdaniem - odnajduje się tam dużo lepiej. W pierwszych dwóch częściach cyklu o Batmanie Nolanowi - paradoksalnie - brakuje pomysłu na Batmana właśnie, poza "no wiecie, Batman".To w sumie strasznie płaska postać. I Bale w zasadzie gra "w próżni".
                  "Mroczny Rycerz" jest zbudowany wokół postaci Jokera na którego jest pomysł -do tego aktor to wykorzystał i stworzył świetną kreację . Dlatego to zagrało.
                  Podobnie zresztą właśnie Harvey Dent - też jest pomysł i tez aktor to wykorzystał.

                  "W pierwszej części jedynie rola psychopatycznego doktorka była jakaś. ", Fakt, był naprawdę niezły. Podobali mi się jednak jeszcze Caine i Neeson.

                  Na to, że nie widzisz, czemu przestępcy mieliby bać się gościa wyposażonego w supernowoczesny sprzęt, doskonale wyszkolonego i potrafiącego poradzić sobie z całymi hordami skorumpowanych zbirów, mam dwa wytłumaczenia. Po pierwsze, Bale'owi totalnie brakuje charyzmy. Ciągle nie mogę zrozumieć, czemu zdecydowano się właśnie na niego. Po drugie, my go widzimy "od kuchni", co sprawdziło się u Burtona, ale w nowej serii całkiem nawala."

                  Trochę tak, ale.. Hmm.. wyszkolenie i sprzęt.. No to jest taki "lepszy" komandos. Można go dorwać. Co innego Joker. Nie jest nikim nadnaturalnym ale jemu po prostu strach wejść w drogę. Coś takiego było właśnie przy postaci Batmana u Burtona i to pomimo bardziej bajkowej scenografii i znacznie mizerniejszej postury Keatona. Tam się po prostu czuło że Batman to rekin :)

                • To, co napisałeś w pierwszym i trzecim akapicie się uzupełnia. :) Niemniej nie wyklucza to, moim zdaniem, argumentu o dobrym sprzęcie. Każdy Batman miał takowy i to też działało. Jak wyglądałaby konfrontacja Wayne'a z jego wrogami, gdyby nie strój, broń i styl walki właśnie? Pokazuje to zarówno scena z Jokerem i pogrzebaczem u Burtona, jak i spotkanie Wayne'a z Falconem u Nolana.

                • A tutaj się zgadzam, jak najbardziej :)

  • użytkownik usunięty

    Najlepsze było jak Vicki powiedziała Bruce'owi, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia! :D Scenarzysta chyba zapomniał jak wyglądało ich pierwsze spotkanie.

  • Masz rację, jest to dość kuriozalne, że dziennikarze nie wiedzą, kim jest Bruce, zważywszy na wymiar tej imprezy. Co do pochodzenia bogactwa Wayne'a, mogli nie wiedzieć. Istnieje opcja, iż po prostu był akcjonariuszem na giełdzie jako właściciel prywatnej firmy, niekoniecznie nazwanej jego imieniem. Nie pamiętam, jak to wyglądało w komiksach.

    Co do sceny z bandą Jokera, to co miał robić, skoro przeciwnicy mieli przewagę liczebną, a on był nieuzbrojony i zaskoczony całą sytuacją? Rzucić się na nich w pojedynkę? Ponadto jako Wayne starał się nie zwracać na siebie uwagi w taki sposób. Uważam, że Keaton grał bardzo naturalnie. Jego Batman był mężczyzną z przeszłością, ale wciąż był człowiekiem. Jego reakcje są całkiem ludzkie i tego bohatera da się lubić. Taka była koncepcja tego filmu - z reguły kibicujemy dobrym postaciom, więc musiały one budzić sympatię widza. W "Batman - początek" stworzono zupełnie inną postać. Przez większą część czasu żywiłam niechęć do bohatera i zaczęłam mu kibicować dopiero w 2/3 filmu (i raczej na zasadzie opozycji do czarnych charakterów). Ponadto u Nolana patos lał się hektolitrami, a wiele dialogów było sztucznych i sztampowych, przy czym całość jest potraktowana śmiertelnie poważnie. Niemniej podoba mi się jego kreacja Gotham, były ciekawe sceny akcji, było trochę psychodeliczności (świetna postać doktorka), było kilka fajnych rozwiązań fabularnych (np. całe przedsiębiorstwo Wayne'ów) oraz dobry dylemat moralny.

    W scenie z pogrzebaczem chciał chronić bliską mu kobietę przed psychopatą.

    Co do Vicky, po części się zgodzę. Miłość instant jest problemem w wielu starszych produkcjach. Na obronę mam tylko to, że moim zdaniem czuć było chemię pomiędzy Keatonem a Basinger. Całkiem inaczej niż w przypadku Holmes i Bayle'a, gdzie cały czas obierałam ich jako przyjaciół. Moim zdaniem dojrzeliśmy już do tego, aby nie starać się na siłę sparować dwóch głównych postaci tylko dlatego, że są przeciwnej płci. Nawet jeśli w komiksie tak było, to film jest zupełnie innym medium i reżyser ma prawo coś zmienić, jeśli tylko efekt będzie dobry. Chciałabym, aby ostatniej sceny z Rachel nie było. Czemu nie mogłaby być przyjaciółką Wayne'a?

    Jakkolwiek uwielbiam burtonowskiego Batmana, dziś obejrzałam film z '89 ponownie, bardziej krytycznie. Mam kilka problemów z Vale. Postać ta jest wykreowana w taki sposób, aby się nie dało jej nie lubić. Jest bystra, jest naturalna, jest miła, jest ładna, jest dość odważna. Z drugiej jednak strony, sporo w niej niezaradności, nie potrafi się bronić, nie próbuje walczyć, trzeba ją ratować. Wreszcie to, co mnie jakoś szczególnie uderzyło, to ta sytuacja z Knoxem. Fakt, gościu był dość irytujący i rzucał seksistowskimi uwagami, niemniej ona przez cały film nie potrafiła wprost powiedzieć, że nie jest nim zainteresowana. Nie wiem, czy nie chce sobie psuć relacji z kolegą z pracy, czy po prostu nie chce wyjść na jędzę, ale moim zdaniem taka postawa jest nie w porządku. Zwłaszcza rozwaliła mnie ta scena pod koniec, kiedy Vicky dała Alexowi buziaka, mówiąc: "Trzymaj się". Kurczę, dla mnie to było podłe.



Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: