Przełamując tabu

„Białe małżeństwo” może wywoływać kontrowersje, bowiem film jak na polską mentalność jest nie tylko bardzo śmiały obyczajowo, ale jest również wyjątkowo przesiąknięty erotyzmem. Obok scen trywialnych, które wprost odnoszą się do ludzkiej seksualności, nie brak scen w których erotyzm jest mocno zakamuflowany. Niewidoczny, ale bezpośrednio odczuwalny, ukryty w podtekstach, „przypadkowych” rekwizytach. To co widoczne wywołuje uśmiech, niczym sprośne żarty w rozbawionym towarzystwie. Szczególnie komiczną postacią jest w filmie dziadek, cierpiący katusze, z powodu niewyczerpalnego libido, którego na starość stał się zakładnikiem. Natomiast to co niewidoczne wywołuje lekkie zawstydzenie - jak choćby projekcje w wyobraźni głównej bohaterki – Bianki – wybitnie wystylizowanej na anioła, w których nawiedza ją „zły” święty Mikołaj, albo ojciec w masce byka. Czy ta rozwiązłość jaką podarowała widzom reżyserka jest przesadzona, czy jest może szeptem skruszonego grzesznika, którego spowiedź ktoś odważył się opowiedzieć na głos? Ja wybieram drugą odpowiedź. Szczególnie, że reżyserka podejmując dyskurs o polskiej seksualności przeniosła akcję filmu na początek XX wieku, do leśnego dworku. Jest to idealny czas i idealne miejsce, aby zdemaskować prawdę o tym co przyciągało i przyciąga ludzi. Brakowało mi tylko jeszcze Nikodema Dyzmy, który przybyłby tam pełnić honory Wielkiego Trzynastego na "posiedzenie loży". Albo zabłąkanych „Panien z Wilka”, które przyszły do leśnego dworku za głosem muzyki.

Mnie film nie przypadł do gustu, dlatego skupiłem się jedynie na walorach estetycznych „Białego małżeństwa”. Jest to film bardzo autorski i widać pietyzmem w realizacji scen, miejscami przypominającymi „Kronikę wypadków miłosnych” Tadeusza Konwickiego. Tyczy się to przede wszystkim tej onirycznej rzeczywistości, w której zanurzony jest dworek. Większość ujęć w plenerze została tak wykadrowana, by białe niebo naświetlało pozostałą część planu. Migotające promienie słońca tańczyły w liściach tworzą pejzaż jak z sennego marzenia. Duże zbliżenia na twarze, automatycznie rozmywały tło. Odbicia w lustrach, w tafli jeziora, poranna mgła unosząca się nad trawami. Zmierzch, przesiąknięty ciepłem zachodzącego słońca. Dodatkowo aktorki wystylizowane na anioły w zwiewnych, śnieżnobiałych sukniach i rozpuszczonych włosach. Uderzyło mnie też, że Bianka pojawia się też w rumiankowym wianku, tak jak Alina u Konwickiego.

Perwersji niektórym scenom dodaje ich stylizacja. Czerwone poświaty, w których wyłania się ojciec - naczelny samiec rodziny, przypominają obrazy piekielne i stanowią kontrapunkt do dziewczęcej, anielskiej niewinność Bianki. Dla mnie ta opozycja piekło-niebo jest bardzo czytelna. Szczególnie, że dworek na koniec filmu pochłania ogień, niczym biblijną Sodomę i Gomorę. Przypadek? Wątpię.

Reżyserka sprytnie też nawiązała w filmie do pierwowzoru - sztuki Różewicza, w tle zakładając mały teatr lalek. W roli dyrektorki – Bianka, która zaangażowała do przedstawienia swoje fantazmaty, zmaterializowane następnie w postaci kukiełek.

Filmu osobiście nie polecam.

4

    Zgłoś nadużycie

    Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
    Ostatnio odwiedzone
    wyczyść historię