...że kultowość prawdziwego Blade Runnera wynika w dużym stopniu z czasów, w których powstał. A te zdeterminowały wyjątkowość. I naiwnością jest sądzić, że to w jakiejś formie teraz wróci. Nie wróci. Ale o filmie. Jest piękny. Ano w takim sensie że nie zapomina w żadnym ze swoich licznych momentów (mnie się akurat te prawie trzy godziny nie dłużyły bo lubię piękno, ale pan obok jakby przysypiał), że film to obraz i jeśli się ten obraz dobrze i spójnie na ekranie poukłada to już pół sukcesu. Fabuła jak fabuła, patrzy się na to jakby w tle i niekoniecznie z przejęciem, piękno spycha ją, nie wiem, pewnie słusznie, gdzieś do tyłu. I postacie jak postacie, patrzy się na to i tak dalej. (Może z jednym wyjątkiem, ale negatywnym, Wallace wyjęty z jakiejś makabreski w swym nadęciu jest postacią, w którą nawet w tak odjechanym świecie trudno uwierzyć.) A muzyka, niespodzianka, jak muzyka, syntezatorowa wizja przyszłości Vangelis'a miała w sobie tysiąc razy więcej tajemnicy od tych tutaj, pohukiwań, ale co tu zrobić, takie czasy.
Ktoś się porwał na świętość i ostatecznie nie spaprał i nie zrobił z tego jakichś Igrzysk Śmierci co samo w sobie ludzie traktują jako zasługę. Podpinam się, nie jest źle, można iść do kina.