6,3 29 tys. ocen
6,3 10 1 29046
5,7 12 krytyków
Centurion
powrót do forum filmu Centurion

Każdy reżyser w swojej twórczości ma filmy dobre i złe – nie uchroni się od tego, jeśli naprawdę posuwa się do przodu z warsztatem. Zdarzają się też takie produkcje w jego dorobku, które trudno jest sklasyfikować w tej biało-czarnej skali; tedy sięgamy po coś pomiędzy. Tutaj właśnie widzę film „Centurion” w reżyserii Neila Marshalla.
Pana Marshalla znamy z bycia reżyserem fenomenalnych seriali takich jak „Gra o Tron”, ziejący swoją popularnością aż nadto, czy „Black Sails”, u nas znany pod nazwą „Piraci”. Jednak „Centuriona”, jako pełnometrażowy film, do tego pięknego zestawienia był nie dała, oj nie dała.
Historia rozpoczyna się w śnieżnej scenerii, na której tle rozgrywa się bieg na śmierć i życie jednego z rzymskich żołnierzy - Quintusa Diasa (Michael Fassbender). Film rozpoczyna się słowami: „to nie jest ani początek, ani koniec mojej historii […]”, co jest idealnym spuentowaniem tego filmu. Quintus jest jedynym ocalałym jeńcem Piktów – plemienia z północnej Szkocji, które narobiło niezłego guza rzymskim osadnikom. Rzymianie mieli dość niehonorowej walki z rdzennymi mieszkańcami, gdyż wychodzili z niej… no, nie wychodzili, większość trzeba było grzebać. Stwierdzenie: „nad rankiem użyźnialiśmy glebę ciałami naszych pobratymców” dosadnie obrazuje, o co mi chodzi. W końcu gubernator Julius Agricola (Paul Freeman) wsadził łeb na kark i postanowił, że rozprawi się raz na zawsze z Piktami za pomocą legendarnego IX legionu, którego przywódcą był generał Titus Flavius Virilus (Dominic West). Wsparciem dla legionu miała być niema Piktianka o imieniu Etain (Olga Kurylenko). Plan spalił na panewce i Quintus, po krótkiej rozmowie ze swoim generałem, postanowił niedobitków zabrać do domu. Dopiero tutaj zaczyna się właściwa część akcji.
Sama gra aktorska była na przyzwoitym poziomie, jednak gorzej było z kreacją bohaterów. Quintus, jak na zwykłego żołnierza, był inteligentny, silny i zaradny. To jedyna postać, zaraz po generale Titusie i Etain, która choć trochę myślała podczas rozwoju akcji, co nie zmienia faktu, że na jego barkach spoczywał obowiązek bycia męską Mary Sue. Etain, jako tropicielka, była nieomylna. Zbyt nieomylna. Do szału doprowadzało mnie, że wystarczyło popatrzenie przez nią na kamienie, aby mogła ustalić, gdzie jest jej „zwierzyna”. Ta kobieta miała jeden mankament – nie potrafiła mówić. Powiem wam jednak, że nawet jej milczenie było dla mnie drażniące – Marshall ciągle pokazywał ją w świetle genialnej tropicielki, zabójczyni, a gdyby miała głos, to pewnie jeszcze umiałaby pięknie śpiewać i rozmawiałaby ze zwierzętami. To ona zebrała laury bycia Mary Sue. Ocalali żołnierze to pionki, które ginęły co dziesięć minut, aby zachować średni czas zgonu podczas filmu. Słowem – nie postarali się.
Kolejnym aspektem, który podczas tego filmu doprowadzał mnie do szału, to efekty specjalne. Szczególnie krwi. O ile animacja obcinania głów, przebijania ciał, dźgania i wszystkich innych sposobów zabijania była naprawdę w porządku, o tyle krew wyglądała jak kubeł czerwonej farby, którą stażyści wylewali za każdym razem, jak ktoś krwawił. Posoka była przede wszystkim komputerowa, co było widać tak perfidnie, że tylko kadr z filmu pokaże tę zgrozę: {…}. Teraz wiecie, o co mi chodzi? Okej, przejdźmy więc dalej.
Neil Marshall zgubił w połowie produkcji swój zamysł. Chciał, aby film pokazał okupioną łzami i krwią ucieczkę niedobitków przed swoimi oprawcami, a skończyło się na tym, że przez 2/3 czasu patrzymy, jak siedmiu chłopa tarza się po trawie, pływa w rzece i umiera. A na końcu dostajemy romantyczne zakończenie, które ni w ząb nie daje nam satysfakcji z obejrzanego filmu. Co więcej – ja odczułam stratę dziewięćdziesięciu siedmiu minut (plus przerwy na reklamy), których nigdy nie odzyskam, a mogłam je przeznaczyć – chociażby - na ponowne obejrzenie „Grand Budapest Hotel”.
Jednak jest coś, co ten film ratuje na tyle, że nie jestem mu w stanie dać niżej niż pięć w skali dziesięciostopniowej – zdjęcia. A dokładniej sceneria. Reżyser wybrał najpiękniejsze miejsca Anglii oraz Szkocji, całość obdarł z żywych kolorów i pozwolił nam na cieszenie się surowym klimatem Wysp. Momenty, w których pokazywano z dalekiej perspektywy uciekinierów, zapierały mi dech, gdyż ujęcia były tak nieprzyzwoicie dobre, że żałowałam, iż nie mogłam ich zatrzymać. Mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że cały film był nakręcony naprawdę dobrze. Marshall i jego kamerzyści odwalili kawał genialnej roboty, bo patrząc na poszczególne kadry z „Centuriona” odnosi się (mylne co prawda) wrażenie, że to naprawdę dobry pozycja do obejrzenia.
Powiem szczerze, że zawiodłam się na tym filmie. Mając tak świetne ujęcia, dobrą historię – bo legenda IX legionu jest warta opowiedzenia – i obsadę, z której wyciśnięto świetną grę aktorską, i tak dostajemy gniota. Film spłycono tak bardzo, że zaczynamy się na nim nie dość, że nudzić, to jeszcze denerwować na jego (nie aż tak znowu kolosalną) długość. Odpalcie sobie fragmentami, wyszukajcie najpiękniejsze ujęcia - to zdecydowanie wystarczy.