Siadłem do filmu z czystym umysłem bez jakichkolwiek sentymentów i uprzedzeń, nie sprawdzając wcześniej obsady ani czegokolwiek w tym stylu. Po prostu dałem się ponieść opowieści, nieświadomy tego, co mnie czeka. Kurna, ale to był KOZACKI SEANS:
* świetna obsada wraz z aktorstwem
* teledyskowy klimat
* zayebista akcja i Nu-Metal na soundtracku!
Affleck perfekcyjnie pasował, a Garner ładnie kopała nóżkami, natomiast Duncan w roli Kingpina pozamiatał. A że Kingpin był w komiksie biały?! - chrzanić to, bo rola została odegrana fachowo! Tak samo Farrell i jego Bullseye: miałem ubaw po pachy widząc jego wyczyny, a scena w trakcie napisów końcowych (gdy wykańcza wkurzającą go muchę) trafia na moją listę ulubionych bezapelacyjnie! Uwielbiam też walkę w kościele czy klubie wraz ze śmiercią Elektry i znienawidzoną przez wielu sceną na placu zabaw, która jest po prostu fajna i jako jedna z kilku jawnie pokazuje luźne podejście twórców do tego filmu. Kiedy ma być poważnie to jest, a kiedy można i wręcz trzeba się powygłupiać to ma to miejsce i tyle w temacie, bo to ku*wa nie jest "Makbet" i nie dajmy się zwariować! Co do obsady jeszcze to pojawienie się Pantoliano'a wprawiło mnie w miłe zaskoczenie.
NIENAWIŚĆ WOBEC TEGO FILMU TO po prostu ABSURD i tyle w temacie, a ja jestem zachwycony!