Nigdy nie zrozumiem, dlaczego chłopak Andrei nie mógł wytrzymać tego jednego roku. Praca w tym czasopiśmie miała jej otworzyć drogę kariery, więc można się chyba rok przemęczyć. A on zamiast ją wesprzeć to tylko strzelał fochy, bo na urodziny się spóźniła. Jak dziecko. Nawet nie próbował zrozumieć jej sytuacji.
Ja się zastanawiam w którym miejscu Andrea się zmieniła. Wszyscy piszą że to zrobiła, ale ja pytam: gdzie ta scena? Bo po prawdzie, to została tą samą, milutką i poczciwą osobą, która z uśmiechem traktowała wyniosłą Emily przejmowała się kiedy okazało się, że to ona dostała awans i jedzie do Paryża (i nie, Andrea nie miała wyjścia - szefowa wydała rozkaz o trzeba było posłuchać, bo to część pracy, w dodatku problem sam się rozwiązał, bo Emily się połamała i i tak by donikąd nie pojechała) - no i wreszcie moralność kazała jej ostrzec Mirandę.
A jej praca, przecież na potrzeby filmu ocierająca się o groteskę (szalejący za oknem tajfun w momencie, w którym Miranda żąda samolotu), przynosiła jej dużą sarysfakcję. Widać było że cieszą ją sukcesy i bawi wykonywanie „misji niemożliwych”. Co w tym złego? Może gdyby wracała po pracy jak zombie, nieszczęśliwa, przytłumiona, chłopak i przyjaciele mieliby jakieś powody do przekonywania, aby pracę porzuciła. Ale nic takiego nie było. Wreszcie naprawdę nie dało się wytrzymać roku? Mam wrażenie, że w przypadku tego filmu ludzie więcej się domyślają i dopowiadają, niż rzeczywiście widać w filmie. Nie ma nic złego w budowaniu kariery, zwłaszcza w ograniczonym czasie. Nie ma nic złego w poświęcaniu się pracy, jeżeli widać że tej osobie wciąż zależy (widać było jak przyszła w te śmieszne urodziny z babeczką - gdyby była taka straszna to pewnie by wzruszyła ramionami i zapytała, ile facet ma lat i że lego dostanie później, bo mama zarabia na chleb). Nie ma nic złego w cieszeniu się z sukcesów, które ktoś z boku może uznać za żałosne. Imo film słaby, przerysowany, w którym bohaterowie mówią że coś się dzieje, że ktoś się zmienia, ale finalnie obraz tego nie pokazuje.