Kino przyzwyczaiło nas, że Diabeł różne ma oblicza. Raz paraduje w standardowym czerwonym wdzianku z rogami, innym razem dla zmyłki przystroi garnitur od Armaniego przechadzając się po prawniczych biurowcach.
Atrybuty też w dowolnym zakresie – od wideł, po…windy. Lubi nimi wozić potępieńców do piekła (niejaki Harry Angel coś o tym wie), ale pobawić się z ludźmi uwięzionymi w ciasnej klatce też widać od czasu do czasu nie zaszkodzi.
Sam pomysł (nakreślony przez Shyamalana) całkiem ciekawy, klaustrofobiczny ścisk świetnie uchwycony przez znakomitego operatora Fujimoto (stały współpracownik ww. reżysera), gęsta atmosfera narastającego konfliktu trzyma w napięciu – teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu, a film ogląda się niczym dobry odcinek ‘Strefy mroku”, czy „Po tamtej stronie”.
Szkoda tylko, że potencjał mrocznej opowieści nie jest do końca wykorzystany, a zamiast wyrazistych bohaterów z krwi i kości, mamy mięso armatnie całkowicie nam obojętne. Szkoda też, że historia zamiast opierać się na niejednoznaczności brnie do prościutkiego finału o odkupieniu i przebaczaniu.
Co to za mierny Diabeł, co swojej gry nie potrafi doprowadzić porządnie do końca?
Moja ocena - 5/10