Niby prosty zamysł, ale jakże wspaniały. Film wcale nie potrzebuje jakichś bardzo wyszukanych konceptów, jeśli potrafi się je w przekonujący sposób przekazać. "Genesis" to jedna z najlepszych krótkometrażówek, jakie dotychczas obejrzałem.
To również przykład tego, jak zrobić świetny film bez użycia dialogów. Mamy tu zaledwie dwójkę aktorów (a przez znaczną część filmu tylko jednego). Tak więc środki są bardzo oszczędne, co pozwala tylko lepiej skupić się na warstwie wizualnej tego filmu, która stoi na świetnym poziomie. Zdjęcia są piękne, wszelkie ruchy kamerą poprowadzone są z wyraźną inteligencją i wprawą. I co najważniejsze, nieodparcie czuć, że każdy ruch ma swój cel i wszystko jest poukładane. Nie ma tu miejsca na sztukę dla sztuki.
Przez całe 30 minut utrzymany jest specyficzny, ponury nastrój. Jedyne dynamiczne momenty to koszmary głównego bohatera wspominające śmiertelny wypadek jego ukochanej, które również stoją na dobrym poziomie.
Przede wszystkim jednak "Genesis" opiera się na emocjach, które wywołuje u widza, przy czym emocje i stany jakie odczuwają bohaterzy niemal zawsze opierają się na zasadzie kontrastu. Smutek przeplata się z radością, a lęk przed śmiercią - z pogodzeniem się z nią. Dwoistość natury tego filmu przewija się tu co jakiś czas.
Jako dramat film sprawdza się doskonale. Miłośnicy horroru też powinni docenić ponury, mroczny klimat jaki w nim panuje. Te niespełna 30 minut, mimo powolnego tempa filmu, upływa wyjątkowo szybko.
Moja ocena: 9/10.