Powiem tak, widziałem "Aleksandra" Stone'a, na którym się piekielnie wynudziłem a na tym filmie wręcz przeciwnie. Możnaby bardzo obszernie rozpisać się w tonie porównawczym do "Troi" Petersena, gdyż to diametralnie odmienne filmy, no i oczywiście owa późniejsza wizja powala tą o rok wcześniejszą na kolana. W zasadzie nie mogło być inaczej. "Helena..." to produkcja telewizyjna, swą estetyką i nachalnymi efektami specjalnymi przypominająca "Kleopatrę" Roddama z 1999r. Tyle że "Kleopatrę" stawiam w hierarchii znacznie wyżej. Tam nie ocierano się o groteskę a tu wystarczy spojrzeć na Achillesa i....... no właśnie. Sama Helena też mogłaby być piękniejsza. Jedna jedyna bitwa bardziej spektakularna i mniej że tak powiem leniwa. Niektóre wnętrza mniej szmirowate. Zastrzeżeń jest multum. A co pozytywnego? Na pewno muzyka autorstwa Joela Goldsmitha, notabene syna słynnego Jerrego. To ona nadaje widowisku pozory rozmachu. Na pewno Parys Marsdena, nie tak lalusiowaty jak Blooma w "Troi", tyle że z kolei kosztem Hektora. Najładniejszą sceną moim zdaniem jest wciąganie drewnianego kolosa do miasta. Jakoś to bardzo zgrabniutko wyszło. Generalnie "Helena...." nie urzeka ale nie odpycha zarazem. Lekka konwencja z mnóstwem niedociągnięć, lecz taka poetycka, ciepła, jako dobry aperitif przed czymś poważniejszym acz nudnym jak "Aleksander" lub klimatycznym i złowieszczym jak "Troja" na przykład. Dlatego daję 5/10, za bądź co bądź mile spędzony czas. Polecam wyłącznie wielbicielom gatunku ;-)