Ink, to historia banalna, ale jednocześnie osadzona w niesamowitej otoczce okraszoną jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych jakie miałem okazję usłyszeć. Pomysł i wykonanie są po prostu znakomite, a na dodatek pozostawiono całkiem spore pole do popisu dla naszej wyobraźni.
Unikam czytania streszczeń i komentarzy przed oglądnięciem filmu, dzięki czemu byłem pozbawiony wszelkich uprzedzeń dotyczących fabuły czy też negatywnych sugestii na temat niedoróbek. Efekt był taki, że jestem zachwycony i mówiąc uczciwie zdębiałem, gdy już po projekcji dowiedziałem się, że budżet tego filmu wynosił całe 25000 dolarów. W odróżnieniu od wielu negatywnych komentarzy na temat aktorów, uważam, że wszelkie niedoróbki zostały skrzętnie zamaskowane efektami specjalnymi lub zwykłymi prostymi środkami. Jak widać, można wydać miliony np. na ukazanie domów na wodzie jak w Incepcji, albo można też nakleić na oczy po 2 paski taśmy do izolowania przewodów elektrycznych (za kilka groszy) aby stworzyć bardzo interesującą postać tropiciela.
Poza tym... to tylko sen! A sny przecież najczęściej są równie abstrakcyjne, a czasem nawet bardziej. Trudno więc tak naprawdę jednoznacznie stwierdzić, że jakiś gest aktora jest zamierzony, czy też wynika z braku kwalifikacji. Podobnie sprawy mają się w przypadku przedstawionych postaci i ich charakteryzacji. Można przyjąć to jako efekt zamierzony, albo niedoróbkę. W wielu filmach pokazuje się sny, ale czy nie jest tak, że dzięki drogim efektom specjalnym są one aż nazbyt idealne i przez to zbytnio rzeczywiste? Ja wolę oglądać sny takie, jak to pokazano w Inku.