Witam.
Nurtuje mnie jedna kwestia. Ostatnio przeczytałem w internecie, że kina zgarniają 50%
zysków z filmu. Zdziwiło mnie to. Niedługo potem w ddtvn obejrzałem rozmowę z Jackiem
Samojłowiczem. Powiedział on, że 9/10 filmów nie przynosi żadnych dochodów oraz to, że
dystrybutor i kina biorą 75% wpływów z filmów. Wtf? Czy to prawda? Nie chce mi się w to
wierzyć, ponieważ kto normalny ryzykowałby tak wielkie pieniądze mając około 10% szans
na to, że one mu się zwrócą. Z drugiej strony Jacek Samojłowicz jest producentem (może
mało rozgarniętym, ale jednak), więc chyba wie, co mówi. Jeśli ktoś z Was wie coś na ten
temat, prosiłbym o oświecenie.
Pozdrawiam.
Tak ja także oglądałem ten wywiad i też się zastanawiałem co ten człowiek plecie. Zastanawiam mnie, że skoro bycie producentem to tak mało opłacalna sprawa to skąd te 5 milionów strat na jakie naraziła go krytyka p. Raczka? Z tego co mi widomo o takie odszkodowanie chce się ubiegać w sądzie.
Dzieci, dzieci, dzieci...
Kiniarze biorą 50%, dystrybutor w zależności od umowy, ale koniec końców producentowi przypadają ochłapy. I pytacie jak tu się opłaca kręcić filmy? Nie opłaca się. Film zwraca się średnio po co najmniej 10 latach z insertów do gazet, praw do emisji w telewizji itp., choć swoją drogą twórców tutaj dyma organizacja zwana ZaiKS, ale to już inna bajka. "Bitwa warszawska 3d" mając na uwadze ogromny budżet, kiepskie opinie, zwróci się po jeszcze większym czasie. I tutaj pytanie: po co w ogóle finansować film? A no po nic. Dlatego mamy PISF, który wyrzuca masowo pieniądze w błoto (dla ścisłości: nie są to pieniądze podatników!). Wielka szkoda, że PISF coraz bardziej przypomina TVP, które żąda coraz większych funduszy przynosząc same straty.
Ale jakim cudem powstają takie filmy jak "Kac wawa 3D"? Mamy w Polsce kilku "bossów", którzy są w stanie wyłożyć na stół gotówkę, jakiej w życiu nie zobaczycie i nakręcić film. Czym się oni przy tym kierują? Inwestycją na długie lata. Gdyby na "Kac Wawę" jakimś cudem poszło około miliona widzów, pan Samojłowicz byłby już "w domu", ale tak się nie stało.
Jedyne sukcesy, które w kinach naprawdę zgarnęły dużą część budżetu (wątpię, by całość), ale na chwilę obecną na pewno już się zwróciły to: "Testosteron", "Lejdis" i niedawne "Listy do M."
Tak wygląda branża w Polsce.
W USA więcej osób chodzi do kina, a producenci paradoksalnie trzepią największą kasę na takich "kurach znoszących złote jajka". Pierwsza "Piła" kosztowała 1 mln$, dodając do tego pewnie z jakieś góra 10 mln na promocję, bo Halloween reklamuje się samo, więc widzowie po prostu idą na horror, który jest wtedy wyświetlany. I w samych USA mamy 55mln. A kolejne części to odcinanie kuponów.
Film musi zarobić średnio jakieś 2,5 raza więcej niż kosztował, to wtedy można powiedzieć, że wyszedł na zero (odliczając kiniarzy i innych). Zależy ile kosztuje kampania promocyjna.
"Act of Valor" kosztował 12 mln złotych, a zarobił do tej pory 63 mln w USA, a promocja (jeśli ufać informacjom) wyniosła 50 mln (reklama na Super Bowl - i wszystko jasne). Więc ten film, albo podbije rynek międzynarodowy, albo zwróci się później.
Księgowi w Hollywood są w stanie udowodnić, że Harry Potter przyniósł straty, więc do tych magików nie mam pytań:)
http://www.filmweb.pl/news/%22Zakon+Feniksa%22+przyni%C3%B3s%C5%82+167+milion%C3 %B3w+strat!-62551
Po 10 latach? :) hahahahahahahahahahahahahahahahahahaha!
Dobry film potrafi na siebie zarobić w tydzień po premierze.
Bo do tego interesu trzeba mieć głowę.
Trzeba produkować jak najlepiej za jak najmniejszą cenę i to jest klucz do sukcesu.
Przykłady.
Terminator - kosztował niecałe 6,5 miliona dolarów a zarobił ponad 80 milionów z samych biletów kinowych.
Wejście Smoka - kosztowało 850 tysięcy dolarów a zarobiło prawie 200 milionów dolarów z samych biletów.
To są udane produkcje i opłacalne interesy.
Oczywiście, że pieprzy głupoty.
To prawda, że zwykle kina biorą jakieś 50% z biletów (w późniejszych tygodniach często więcej, ale i tak max to 70%). Reszta idzie do producentów (oczywiście minus podatki choć i tu pewnie jakieś przekręty robią, odcinają koszta od podatków itp). Ogółem nie jest to zła kasa i jeśli film nie jest stratny to spokojnie mogą sobie za to żyć, a potem przychodzą kolejne profity.
Od razu widać, że wydaje ci się, że coś wiesz, ale tak nie jest. Policz sobie jak to wygląda: wypuszczasz film za 8 mln zł. Przy dużej dawce szczęścia pójdzie na niego z 0,5 mln ludzi. Liczysz 0,5mln * 16 zł (średnia cena biletu, jaką tutaj przyjmę dla ułatwienia obliczeń) = 8 mln zł. Z tego 3/4 oddajesz i zostaje Ci 2 mln. A włożyłeś 8. Więc? I nie patrzy się na to, że "o mam 2 mln". Tylko "kiedy k*rwa odzyskam 6 mln i zacznę wreszcie zarabiać?" Nie wspominając, że jeszcze trzeba oddać wszystkim, którzy zaledwie "pożyczyli" pieniądze.
To niech producent zrobi film za 500 tys to będzie 1,5 bańki do przodu, a już przy frekwencji 125 tys wyjdzie na swoje. No ale w końcu te drogie plenery, kosztowne efekty specjalne (widać to w tym filmie) i horrendalne gaże gwiazd (tego nie widać ale o tym wiemy) To wszystko kosztuje.
Dokładnie.
Przepis na tani film jest prosty:
- zero gwiazd, sami debiutanci grający za gorsze, którzy zgodzą się, bo chcę pokazać swoje umiejętności, a jak nie to na ich miejsce znajdzie się 100 bardziej zdesperowanych osób, grających nawet za darmo
- kręcimy kamerą cyfrową, a taśmę (z całym szacunkiem dla jakości), ale uznajemy za nieopłacalną
- nie bawimy się w "kółko towarzyskie" i nie zatrudniamy jako asystenta asystenta asystenta kierownika planu znajomych swoich znajomych, płacą im 10k na głowę, bo tak...
Dystrybucji nie przeskoczymy, licencji Dolby też nie.
Ale reklamę można zrobić w Internecie adresowaną do grupy docelowej 16-49, a nie do babć ze wsi, które stanowią największy procent widzów telewizyjnych.
Dzięki za odpowiedź. Jednak nadal nie rozumiem dlaczego ktoś miałby wkładać gigantyczne pieniądze na inwestycję, która jak napisałeś zwróci mu się po 10 latach i nawet jeśli będzie na plusie, to nie będą to stosunkowo zbyt duże pieniądze.
To jest ogólnie cały plan biznesowy. Taki producent (dobry oczywiście) ma na tapecie kilka(naście) ciągle zwracających się produkcji i chce doprowadzić do tego, że w wieku 70 lat on i jego rodzina będą żyć wyłącznie z tantiemów, które pozwolą im się utrzymać na całkiem dobry statusie. Choć oczywiście miejscami odnoszę wrażenie, że niektórzy mają po prostu za dużo pieniędzy i nie wiedzą gdzie je utopić:)
Ogólnie fucha producenta jest beznadziejna, już o wiele lepiej mają reżyserzy, którzy kręcą film raz na 2-3 lata, a w między czasie w ciągu tygodnia nakręcą reklamę dla telewizji i mają z czego się utrzymać przez rok.
I mówi to osoba która wymyśla sobie liczby i myśli, że nikt niczego nie sprawdzi...
Dla uświadomienia 16zł nijak ma się do ceny biletu. Nie licząc tanich kin, które filmy zwykle mają dawno po premierze ceny zwykle wychodzą 20zł+.
Weźmy przykład Kac Wawy gdzie lwia część biletów to 25-30zł i weźmy 25zł by zrównać z tanimi kinami -> 25* powiedzmy twoje pół miliona daje nam 12.5mln z czego 40% na producenta pójdzie co daje nam 5mln. Do tego dochodzi marża za udostępnienie kinom filmów itp. Niby mało co? A teraz weźmy pod uwagę, że mało który polski film przekracza budżetem choćby 4 mln (po prlu ze 20 takich filmów powstało a 90% produkcji mieści się w zakresie 1-4mln zł). Już pomińmy PISF który potrafi dopłacić połowę ceny filmu.
Oczywiście producent nie żyje jak milioner, ale spokojnie potrafi zarabiać kilkukrotną średnią krajową...
Więc panie wiem wszystko następnym razem zastanów się zanim coś powiesz
Kac Wawa było w IMAXie, więc ceny są większe, ale średnia biletu w życiu ci nie wyjdzie powyżej 20zł. Najlepiej przyjąć 18 zł, a najłatwiej liczyć przy 16. Proste. Kac Wawa jest wyjątkiem. A 40% dla producenta, to nie wiem w jakim kraju żyjesz...
To dalej dobieraj dane "bo najłatwiej liczyć" to wyjdą Ci bardzo wiarygodne wyniki...
Puenta ta sama: film polski nie zwraca się w polskich kinach, a producenci z całego zysku dostają 1/4.
Samojłowicz u Lisa plótł jak potłuczony.
Żalił się, że chciał żeby bilety były po 20 zeta, a kiniarze walnęli 30 zeta (seanse 3d weekendowe).
Ot i wina leży po stronie pazernych kiniarzy. :)
Chcieli wydymać widzów, a dobry producent przeciw temu oponował. :)
Ale zapomniał, że jest odpowiedzialny za największego kaca moralnego wśród publiki, która po wyjściu z kina (pewnie było ze 200 tys. ludzi na tym) nie napisała ani jednej pozytywne3j opinii o tym syfie w prasie ani w Internecie pod swoim nazwiskiem (prócz anonimowych klakierów na Filmwebie).
Z innej beczki ... PISF (kasa podatników) dofinansował "polskie Pulp Fiction", czyli "Weekend" Pazury.
Ta chora instytucja powinna już dawno być rozwiązana.
http://wiadomosci.fdb.pl/17430-polskie-zlote-maliny-ogloszone
Nominacje do polskich ZŁOTYCH MALIN, czyli WĘŻE 2012
Czy za rok KAC WAWA zgarnie wszystkie nagrody, he he ?
Tak naprawdę życie filmu dopiero się zaczyna po wyświetlaniu w kinach. Mamy dodatki do gazet i magazynów, DVD, na żądanie w sieciach kablowych a na końcu sprzedanie licencji stacjom telewizyjnym, które będą nim nas raczyły przez kilka lat. Ale główny problem polega na tym, że wynegocjowane stawki zależą w dużej mierze od tego czy film był hitem w kinach czy nie. Historia tego akurat filmu była w kinach dosyć krótka jak na polską komedię z "gwiazdorską" obsadą, co pociąga za sobą dosyć negatywne skutki dla producenta..