Spodziewałem się czegoś więcej po Kevinie.
Widać że chłopak dwoi się i troi aby zapełnić 100 minutowy metraż, ale to nie działa. Sceny są wyraźnie przedłużane, a spora ich część jest dodawana na siłę, i nic nie wnosi.
Oczywiście to nie skazywałoby Tuska na porażkę, bo dobrze napisane monologi są zajmujące, a do połowy Smith zgrabnie balansował na granicy gatunków, mieszając grozę i czarny humor z pomyślnym rezultatem (świetna np jest scena kolacji, czy ta gdy Perks brnie w swoje absurdalne wymówki).
Szkoda więc że gdy poznajemy bohatera granego przez Deppa, film zamienia się w serie przydługich skeczy. Ironia tak eskaluje, i głupota jest tak jaskrawa, aż widz traci całe zainteresowanie wydarzeniami rozgrywającymi się na ekranie. Zamiast dalej kręcić komedio-horror, Smith postanawia zrezygnować z napięcia które wcześniej wykreował, i dokonuje sabotażu na własnym filmie. Jakby zdawał sobie sprawę, że musiałby się postarać aby pociągnąć fabułę jeszcze te 40 minut, i przy tym nie stracić na jakości czy skupieniu, więc zamiast tego idzie w całkowite upośledzenie.
Never go full retard.
Ale doceniam go za jego unikalność, bo jest naprawdę niezwykle popie*doIonym filmem, i sam fakt że nakręcono takie coś, stanowi fenomen. Kuriozum totalne.
Aha, i ma jeszcze taki plus że kończy na dobrej nucie. Zajebiste jest ostatnie ujęcie, pamiętliwe, dziwnie wzruszające, ale przede wszystkim zabójczo ironiczne.
Dla mnie mogłoby w ogóle nie być w filmie dziewczyny i dzieciaka. Postać Deppa też tak na siłę doczepiona trochę, kolejny Sparrow w innym ubranku.. zepsuli mi zakończenie...