Gdyby wyrzucić z niego całą jego obrzydliwość, zastąpić ją odrobiną subtelności to rzeczywiście byłby to kawał dobrego, artystycznego kina. Jak dla mnie trochę zbyt... w pewnym sensie właśnie obrzydliwe. Z jednej strony jest w tym coś i z "Dzielnego wojaka Szwejka" i z "Forresta Gumpa". Z drugiej strony jest też coś z Markiza de Sade. Pięknie i poetycko napisane, jednak momentami z jakimś takim obrzydliwym podtekstem, który jednak stara się być (jak u De Sade) szybko usprawiedliwiony. Poza tym trochę mnie razi ten ohydny niemiecki "patriotyzm" Schlondorfa. W porównaniu z takimi filmami jak "Valkyria", kino obozowe ukazane jest tutaj jak "hołd dla faszystów" i tego co zrobili. Jak dla mnie kawał pięknego, artystycznego kina, ale z jakimś takim obrzydliwym podtekstem. Gdybym miał wybierać pomiędzy tym, a delikatną subtelnością np. Jana Jakuba kolskiego, czy Jana Kidawy Błońskiego, zdecydowanie bardziej wybrałbym polskie kino. Niemniej jednak fakt
faktem, że po jego obejrzeniu trudno mieć wątpliwości, jakiego formatu reżyserem jest Schlondorf (i z jakimi reżyserami można by go było ewentualnie porównywać). Nie wiem dlaczego odniosłem takie wrażenie. może dlatego, że oglądałem go w oryginale, niemniej
jednak trochę jestem rozczarowany
Mnóstwo słów, a ja nic nie rozumiem.
Ta "obrzydliwość" - antyestetyzm czy dosłowność obrazu - nie daje się w kinie Schlondorfa nie zauważyć, to prawda. Jest to jeden z powodów, dla których filmy tego niemieckiego reżysera są chwalone i doceniane. Turpizm doskonale podkreśla dwoistą osobowość Ogra, tę jego "kamienną połowę", uwypukla w ogóle obrzydliwość kryjącą się na dnie ludzkiej duszy.
Poza tym co znaczy "ohydny niemiecki patriotyzm"? Mam nadzieję, że nie kryje się pod tym przekonanie, że opowiadanie o niemieckości w tonie innym niż nienawistny jest naganne. Takie założenie skreśliłoby twórczość Schlondorfa, odebrało mu prawo do rzetelnego wypowiadania się na temat niemieckiej historii. Pozostałoby mu pisać jedynie oskarżycielskie mowy w tonie jednoznacznym i nie znoszącym zastanowienia.
W tym filmie rzeczywistość wojenna zostaje skonfrontowana ze światem dziecięcej niewinności. Ignorujący realia dorosłego życia Abel nie potrafi zaakceptować prawdy o tym, że dzieciństwo to jedynie preludium życia oraz że przeznaczeniem dziecka jest poznawanie świata przemocy i nieustannej walki. Dlatego w tym obrazie Schlondorfa, jak zresztą w wielu innych, wojna to jedynie pretekst do opowiedzenia ponadczasowej historii o człowieczej naturze.
Co ciekawe, nieprzyjmowanie gorzkiej prawdy o życiu Abel musi odpokutować, a przekonanie o niewinności i dobrych zamiarach człowieka staje się jego grzechem.
No właśnie. Ohydny, niemiecki "patriotyzm". Nie wiem, czy to właściwe określenie, niemniej jednak ukazywanie takich ludzi jak Goering, czy inni hitlerowscy zbrodniarze w taki, a nie inny sposób to zapewne zamierzony przez reżysera efekt (i bez wątpienia mający wywołać pewnego rodzaju "szok" u widza), aczkolwiek trudno mi oceniać, czy takie właśnie ujęcie tematu wynika u niego (w moim mniemaniu u Volkera Schlondorfa) z chęci wywołania takiegoż właśnie "szoku", czy właśnie z owej obrzydliwej (też nie wiem, czy to odpowiednie słowo) narodowej "solidarności" z narodem
Film rzeczywiście niekiedy miał mocne momenty. Nie wiem dlaczego ale bardzo uderzyła mnie scena polowania i to bynajmniej nie z samego faktu, że raniono tam zwierzęta. Druga sprawa to to, że nie wszystkie postacie niemieckich żołnierzy to stereotypowe krzykacze z mózgami wypranymi przez propagandę Goebelsa (Pomijam postać Goeringa :P) i to mi się podobało. Chociażby postać Forrestera. Swoją drogą mam pytanie. Czy wrócił z frontu wschodniego na który został wysłany za tego jelenia? Film oglądałam bardzo dawno i chyba nawet nie do końca więc niewiele pamiętam
Bo taki miał być ten film i taki jest. Jest "brudny" i faktycznie nie jest filmem do ponownego szybkiego obejrzenia. Ale jest filmem bardzo dobrym...
Moim zdaniem ten film właśnie świetnie pokazuje, co nawet w takich świniach jak Göring (megaloman, pajac, morfinista) mogło być hipnotyzującego i magnetycznego. Bo jednak z jakiegoś powodu ludzie szli za nimi a nie za kimś innym i system też wynosił w górę akurat ich.
A scena ze starym von Kaltenbornem oglądającym nocny wiec z pochodniami i tekstem "Zobacz. Jego ojciec był handlarzem ryb w Norymberdze. I ten też się tam pręży, jakby sprzedawał sardynki" (cytuję z pamięci) IMO jest lepszym komentarzem na temat stosunku starej pruskiej arystokracji do nazizmu, niż cała "Operacja Walkiria", czy jak tam to się zwało.
A ja nie mam co zarzucić temu filmowi . Znakomita rola aktorów szczególnie Malkovicha chodź każdy aktor jak dla mnie zagrał super , , zdjęcia ,muzyka , tematyka itd . A co najważniejsze, na czym mi najbardziej zależało to odniesienie do twórczości Goethego i do samego Króla Olch :)
Popieram co do podtekstów. Dziwne, bo film jest niby o sztandarowej czystej rasie aryjskiej, zimnych prysznicach i sporcie, że tak powiem. Ale chociażby to, że Ogrowi PRZEFARBOWUJĄ włosy na blond... że siedzi i dydla te zające w lesie... że poluje na dzieciaki z psami (czego jako żywo nie ma w balladzie Goethego)...
Może widzę za dużo po Kellenie. Nie wykluczam. Ale kilka scen daje do myślenia.