Jak w temacie. Na plus zdjęcia, scenografia i kostiumy (szczególnie kobiet), a także dobra gra aktorska Day-Lewisa.
Niestety, Spielberg pokazał, że jest mega konserwatystą i tylko takie filmy potrafi już kręcić. "Lincoln" to dłużyzna, a wiele scen wieje nudą. Z Lincolna zrobiono gawędziarza, sypiącego z rękawa anegdotkami, które wszyscy wysłuchują tak, jakby wsłuchiwali się w słowa Jezusa. Oczywiście pominięto fakt, że Lincoln po śmierci syna, często popadał w depresję i zażywał antydepresanty zwane niebieską masą. Zatruwał się rtęcią, przez co bywał nadpobudliwy. A w filmie podniósł mocno głos raz - na żonę. Wyidealizowana postać na maksa, amerykańskie SF.