Biały dom w oparach wolności
Kilka lat temu świat obiegła wieść, że Steven Spielberg , koryfeusz kina rozrywkowego bierze na warsztat życiorys bodaj najbardziej wielbionego przez Amerykanów prezydenta – Abrahama Lincolna. Jakiś czas później fanów X muzy dodatkowo zelektryzowała informacja, że odtwórcą tytułowej roli został Daniel Day Lewis – piekielnie utalentowany Brytyjczyk, laureat dwóch statuetek Oscara. Suma sumarum jeszcze na długo przed premierą film skazano na sukces a balon oczekiwań napompowano do niebotycznych (nawet dla Hollywood) rozmiarów.
Już na samym początku warto zaznaczyć, że kompozycja scenariusza wpisuje się w nurt biograficzny lansowany od pewnego czasu przez światową kinematografię i ogniskuje fabułę wokół określonego wydarzenia. W tym przypadku jest nim walka Lincolna o przeforsowanie w kongresie 13 poprawki do konstytucji, która w efekcie ostatecznie wyeliminuje w USA problem niewolnictwa. Kolejnym spektrum zainteresowania kamery Janusza Kamińskiego jest sytuacja rodzinna głównego bohatera a ściślej mówiąc dylematy jakie wiążą się z byciem głową państwa oraz głową rodziny. Ponadto reżyser wprowadza na ekran sporą rzeszę postaci drugoplanowych tworząc tym samym barwny sztafaż Ameryki końca wojny domowej.
Opisu wrażeń jakie wzbudził we mnie niespełna dwu i pół godzinny seans nie sposób nie zacząć od kreacji Day Lewisa. Po chłodno przyjętym przez widownie „Nine” mogę chyba śmiało napisać, że aktor powrócił do formy prezentowanej w „Aż poleje się krew” czy „Gangach Nowego Yorku”. Lincoln w jego wykonaniu jest mężczyzną wielkim wzrostem i wielkim duchem, kłębowiskiem charyzmy, odciskającym na widzu piętno jednym subtelnym spojrzeniem, jednym delikatnym gestem. Jest on zarazem człowiekiem zmęczonym, wypalonym o dość skomplikowanym stosunku do żony i dzieci. Jak widać sam charakter 16stego prezydenta Stanów Zjednoczonych daje namiastkę wyzwania jakiemu sprostał Daniel Day Lewis. Przechodząc do pozostałych dramatis personae zaakcentuje na plus rolę Tommy Lee Jonesa, który do tej pory uchodził w moim mniemaniu za aktora jednej miny ( stricte jednego grymasu ) a w najnowszym obrazie reżysera Szczęk świetnie komponuje się w postać Stevensa – chłodnego, skrywającego tajemnicę idealistę . Nie na wyrost coraz głośniej mówi się o nagrodzie akademii dla hollywoodzkiego weterana. Podobnych peanów nie mogę niestety wygłosić w stosunku do Sally Field, która raziła mnie „teatralnością” oraz przesadną egzaltacją. Rozumiem, że w zamyśle scenarzystów miała stanowić przeciwwagę dla skromnego na pozór małżonka, ale do mnie ten zabieg szczególnie nie przemówił. Trochę żałuję również, że postać Roberta Lincolna - syna tytułowego bohatera została potraktowana tylko jako swoiste uzupełnienie rodzinnego wątku filmu, przez co skądinąd świetny Joseph Gordon Levitt nie mógł błyszczeć pełną gamą swojego talentu.
Steven Spielberg nie postarzał się jako reżyser i z charakterystyczną dla siebie maestrią prowadzi narrację w sposób atrakcyjny i ciekawy dla widza. Bardzo zręcznie operuje gatunkami filmowymi płynnie przechodząc od nurtu politycznego poprzez komedię ( postać pana Bilbo ) do klasycznego dramatu rodzinnego. Każdą solidną dawkę patosu łagodzi szczyptą humoru a przegadaną scenę równoważy momentem ciszy. Na plus należy również zaliczyć odmitologizowanie wczesno-amerykańskich kongresmenów, którzy do tej pory epatowali z ekranu irytującą cnotą oraz poprawnością. Pochwały należą się etatowemu kompozytorowi Spielberga- Johnowi Williamsowi, który może nie stworzył dzieł na miarę tych z Gwiezdnych Wojen czy Indiany Jonesa, ale rzetelnie oddał atmosferę czasów wojny secesyjnej.
Odnosząc się do wielkich apetytów jakie pobudziła szeroko zakrojona kampania reklamowa „Lincolna” odważę się napisać, że najnowszy produkt stajni DreamWorks nie jest arcydziełem. Co więcej nie jest też filmem o którym będziemy za wiele lat opowiadać z rozrzewnieniem młodszym pokoleniom kinomaniaków. Dla mnie to przede wszystkim wybitne kreacje aktorskie Daniela Day Lewisa oraz Tommy Lee Jonesa, świetny scenariusz, wysmakowane kadry, miła dla ucha muzyka, tworzące razem mieszankę która okraszona geniuszem Stevena Spielberga stanowi kawał dobrego kina