Astrid bez Lindgren

Autentyczny wyciskacz łez i subtelny, feministyczny dramat jednocześnie, który opiera się na kilku latach z biografii ikony literatury dziecięcej, Astrid Lindgren. W filmie Pernille Fischer Christensen słynna pisarka jest zwykłą nastolatką, dorastającą na łonie wielodzietnej rodziny – kochającej się i całkiem szczęśliwej, ale też żyjącą według surowych, religijnych reguł. Młoda Astrid rzuca wyzwanie konserwatywnemu porządkowi swojej małej ojczyzny, nie tylko poprzez ciągłe rzucanie pytań o równouprawnienie kobiet i mężczyzn, ale przede wszystkim poprzez związek ze starszym mężczyzną i zajście z nim w ciążę. Dziewczyna musi wyjechać z miasteczka, by nie utrudniać kochankowi rygorystycznego procesu rozwodowego. By kontynuować edukację w szkole dla sekretarek w Sztokholmie, musi zostawić dziecko pod opieką duńskiej mamki, bo w kraju jej sytuacja – wedle społecznych reguł – dla nikogo z jej bliskich nie jest korzystna. “Młodość Astrid” nie potrzebowała wcale nazwiska znanej pisarki, jej obecność nawet zaszkodziła temu poruszającemu dramatowi. Krótkie powroty do domu sędziwej Lindgren, w której kobieta przegląda listy dziękczynne od dzieci w ogóle nie pasuje do tej historii. To coś na kształt kiczowatego ciała obcego, sabotującego cały film. Bo “Młodość Astrid” to przede wszystkim opowieść o dzielnej, młodej kobiecie, walczącej o siebie samą w świecie purytańskiej hipokryzji zabudowanym szklanymi sufitami. Jej walka nie ma w sobie nic spektakularnego, a nawet jest zaskakująco powściągliwa i minimalistyczna. Aspiracje młodej Astrid są bowiem z dzisiejszej perspektywy bardzo trywialne i może dlatego pokonywanie tych różnych, często niesamowicie bolesnych przeszkód potrafi skraść serce i wycisnąć z oczu niejedną łzę.

1

    Zgłoś nadużycie

    Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: