świetny. wlasnie wracam z kina. nie wiem czemu tyle negatywnych opinii.
jedynym minusem byla dla mnie aktorka Cody Horn ktora miala praktycznie caly czas ten sam wyraz twarzy co bylo dla mnie irytujace.
a na film polecam isc.
Zgadzam się jest świetny,mnie też strasznie denerwowała ta aktorka.!!! Miała taki wyraz twarzy jakby ktoś jej pierdnął pod nosem. ;)
Zgadzam się w zupełności! Nie wiem jakim cudem ta dziewucha trafiła do filmu, bezpłciowa uroda, zero gry aktorskiej, bezbarwny, męczący i nijaki wyraz twarzy. Nijaki do tego stopnia, że z całej siły próbuję sobie przypomnieć jak ona dokładnie wyglądała, i nie mogę. Pamiętam tylko, że przez cały film miałam ochotę jej przywalić. Pobiła nawet moją dotychczasową mistrzynię Kristen Stewart.
jej a wy dalej o tej Kristen... a co do Cody to faktycznie lipa... hehe ale film rewelka :))
Dałem filmowi 7, choć chciałbym dać 6,6, czyli tyle, ile wynosi obecnie jego średnia. Rzadko (prawie nigdy?) się zdarza, by ocena na Filmwebie była adekwatna do jakości filmu - tym razem jest inaczej.
Obsada jest generalnie "taka sobie" - Horn nie jest tutaj wyjątkiem. Tatum daje radę, kiedy gra wyluzowanego przystojniaka (czyli pewnie wtedy, kiedy nie gra, tylko jest sobą), świetnie tańczy - to mu trzeba przyznać, ale kiedy dostaje ze dwie-trzy dramatyczne sceny pod koniec - jest fatalny (jąkanie w rozmowie z Horn, kiedy tłumaczy się przed nią z tego, że nie zaopiekował się odpowiednio Pettyferem! Doprawdy - szczyt aktorskiej żenady). Pettyfer też jest OK, kiedy rusza swoim zgrabnym tyłkiem, ale kiedy pod koniec ma scenę, w której dziękuje Tatumowi za to, że przez trzy miesiące stał się "kimś" - trudno powiedzieć, co jest w tej scenie gorsze: dialog, czy aktor (inna sprawa, że można się zastanawiać, czy Pettyfer rzeczywiście stał się "kimś" przez te trzy miesiące - a zapewne Soderberghowi chodziło o to, żebyśmy się w tej scenie zapytali samych siebie, czy jest tak w istocie - więc może w jakiś pokrętny sposób się ta scena udała - trochę dzięki (nie)umiejętnościom aktorskim Pettyfera).
Trochę szkoda, że pod koniec film wpada w hollywoodzkie klisze, wszystkie wątki rozwiązują się dokładnie tak, jak się można tego było spodziewać od początku, co samo w sobie nie jest jeszcze grzechem, ale kiedy dialog się sypie, a aktorstwo go nie ratuje - to schemat przeradza się w autoparodię. Rezygnacja Tatuma z pracy striptizera też jest mało przekonująca.
Niemniej ma ten film świetnego McConaugheya (zdecydowanie najjaśniejszy punkt obsady), niezłą dawkę humoru, jest dobrze zrealizowany, sceny striptizu robią odpowiednie wrażenie :P, a poza tym za plus trzeba uznać to, że w przeciwieństwie do standardów kina amerykańskiego traktuje męską cielesność bez większej pruderii i gdzieś między wierszami (kadrami?) sceny striptizu stanowią niezłą formę dyskusji z kulturowymi schematami postrzegania męskości (nie da się nie zauważyć, że bohaterowie głównie ubierają się w stroje żołnierzy, strażaków, policjantów itp., czyli w stroje zawodów, które uchodzą za "typowo męskie", by ów kostium z siebie zedrzeć i sprowadzić "męskość" do poziomu atrakcyjnego wabika, obiektu pożądania - oczywiście jest to wpisane w zawód striptizera i Soderbergh Ameryki w ten sposób nie odkrywa, ale w kinie jest to pokazywane zdecydowanie zbyt rzadko: męskość to kostium.) Oczywiście równie rzadko (jeśli nie rzadziej) mężczyzna jest w kinie spektaklem do patrzenia (dla kobiet, czy gejów, to już nieistotne), natomiast często jest nim kobieta, więc "Magic Mike" stanowi pewnego rodzaju krok w stronę demokratyzacji medium, co zawsze jest miłe. Inna sprawa, że - jak słusznie zauważył Łukasz Muszyński - na full frontal już sobie Soderbergh nie pozwolił (wiadomo, że w amerykańskim kinie pokazać penisa to prawie jak zamordować Boga) - nad czym wypada jedynie ubolewać. :P