Ironicznie trochę... zabieram się za film (poniekąd z przymusu - planowałem Manchester by the Sea ale brak napisów) - akurat w dzień przyznawania Oskarów... Po 30 minutach nijaki klimat i brak emocji nawet w sprzeczce dilera z matką chłopaka wywołuje we mnie (i mojej żonie) jakiś taki taki stan... aż brakuje słów, żeby to trafnie określić - "Stan 0" - chyba najbardziej trafnie... Wyłączam... Nie żałuję filmu - bardziej zmarnowanych 30 minut... Film w najbardziej pokręcony sposób w historii całej gali zdobywa Oskara... Ja dalej nie żałuję... W tym filmie później coś się dzieje? Czy gust mi się z wiekiem zepsuł?