Był sobie taki film jak Pacific Rim. Prostolinijna, bezpretensjonalna, przepiękna fantazja 10 letniego chłopca, powołana do życia za prawie 200mln dolarów. Guillermo del Toro dał nam w 2013 jeden z najbardziej rozrywkowych filmów jaki widziałem w życiu.
Rok 2018
Dostaliśmy wreszcie długo oczekiwany sequel. Wygląda to tak jakby ktoś wziął oryginał, wytarmosił go jak tylko się da, odarł go ze wszelkiej miłości, dopakował co to akurat jest (chyba) modne i wrzucił do kin.
Fabuła nie ma kompletnie sensu, postacie są kartonowe, działają bez większej logiki, zwrot akcji jest jednym z najgłupszych jaki widziałem od dawna, scen akcji jest tyle co kot napłakał, a jak już są to wczucie się w nie przeszkadzają cringe'owe żarciki (jeden Jaeger pokazał widowni środkowy palec), przez pierwszą połowę filmu dosłownie nic się nie dzieje, miasta przypominają makiety, z których magicznie zniknęli ludzie, fantastyczny motyw muzyczny oryginału pojawia się zupełnie z dupy (nie ma go ani razu podczas sceny akcji!), ekspozycja streszczająca wszystko co było w jedynce wylewa się z ekranu, charyzma Johna Boyegi jest marnowana jak tylko się da przez niezręczne dialogi, a w filmie podejrzanie dużo jest chińczyków i niszczenia Tokyo.
Nie jest to koszmarnie zły film (stawiam go wyżej niż którekolwiek Transformers), czasem żart trafi, czasem pojedyncza scena odpowiednio wybrzmi, czasem czuć potęgę kroczących powoli Jaegerów, Kaiju prezentują się fantastycznie, a gdy najfajniejsi bohaterowie filmu (wielkie roboty i potwory) robią to co potrafią najlepiej, czyli okładają się najmocniej jak tylko mogą, to idzie się przy tym jakoś bawić. Szkoda, że robią to tak rzadko.
Jest w tym filmie jedna postać, która niesamowicie dobrze się bawi oglądając kulminację Uprising. Chciałbym być na jej miejscu.
A i jest scena po napisach zapowiadająca trzecią część. Ehh...