Proces

Le Procès

1962 1 godz. 58 min.
7,4 3 296
ocen
7,4 10 3296
6 168
chce zobaczyć
{"rate":7.0,"count":2}
{"type":"film","id":8896,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Le+Proc%C3%A8s-1962-8896/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Proces
  • khedes_ona ocenił(a) ten film na: 9

    "Kiedyś, wracając z festiwalu z Karlovych Varach, zwiedzaliśmy z Wajdą Prage. Od strony Kafki. Stary cmentarz, gdzie leży rabin Loew, twórca legendarnego Golema, stare synagogi. Chodziliśmy secesyjnymi ulicami, których pełno jest w dziele autora "Procesu". Odwiedzaliśmy domy, w których mieszkał, otoczone labiryntami uliczek pamiętających jeszcze średniowiecze. Nad pejzażem rysowały się Hradczany. Na wysokim wzgórzy, za Wełtawą. Jeden z biografów Kafki pisze, że z nich zaczerpnął pisarz motyw do "Zamku". Siedziba królewska bez króla, symbol władzy bez władzy, wspaniałe mury w środku puste, jak dekoracja. Kusiłem Wajdę, by spróbował kiedys zaadoptować na ekran ten utwór. Wolałbym "Proces", ale wiedziałem, że robi go już Orson Welles.

    Wreszcie zobaczyłem film Wellesa. To na pewno nie Kafka. "Proces", najwybitniejsze dzielo pisarza, jest jednocześnie jego dziełem najbardziej praskim. Wędrując po tym mieście, w zwyły dzień, po tym mieście - mimo wszystko - bardzo zwyczajnym, wszedłem raz do kościoła przy Rynku Staromiejskim. W jednej z kaplic mieścił się szczególny cmentarzyk. Pod ścianami szafy oszklone, z półeczkami. Na półeczkach kielichy, bo naet nie urny, z prochami. Przy kielichach zdjęcia zmarłych. Roześmiane, uróżowane. Ook pisanki z Wielkanocy, niciane kurczaki. Żeby zmarłym nudno nie było. To jest właśnie świat Kafki: niesamowity cmentarzyk nagle w zwykłym mieście, wśród bialego dnia. To nie jest nawet fantastyka. To jes pęknięcie w autentycznej realności. Tu kamienny potwór wkroczył do zwykłego miasta. Przy czym nic z tego nie wynikło. Welles nie zrozumiał "Procesu". Pewnego dnia w pokoju Józefa K. zjawia się dwóch mężczyzn i oświadcza mu, że jest aresztowany. Ale aresztowanie nie następuje. Nic nie następuje. K. nadal pracuje w biurze, wszystko jest jak dawniej.

    Tylko po mieście idzie wieść, że przeciwko K. toczy się proces. O co? Nikt nie wie. Kto go skarżył? Kto będzie sądził? Tego także nie wiadomo. K. stara sie dowieść swojej niewinności. Dociera do sądow, które są zwyczajnym strychem, nie sądami. I sędziów nie ma. Golem chodzi po Pradze.

    Golem także nie istniał. Wmowiono sobie, że kupa kamienia czy gliny potrafi ożyć. Nie było potwora, była tylko glina, która na podobieństwo człowieka ulepił maniak, rabin Loew. Był strach. Tak mniej więcej kończy sie film Paula Wegnera o Golemie. Wegener zrozumiał praską legendę, realność została zaledwie lekko zakłócona i na moment rozeszła sie w szwach. Taki jest też "Proces" Kafki.

    Tymczasem Welles zamiast po prostu ten utwór sfilmować, właśnie sfilmować, sfotografować to nadwichnięcie, to nadprucie realności, wwalił się w "Proces" całym ciężarem swego barokowego rzemiosła. Niech będzie: swojej sztuki. Pokój Jozefa K. już nie jest zwyczajnym pokojem. Jest przypłaszczony, zgnieciony, zdeformowany. Obraz miasta, w ktorym K. zyje, wypadł z osi: chylą się domy, jak wachlarz, jak na ekspresjonistycznej scenie. A zamiast strychu sądowego, zamiast tego wspaniałego, partackiego strychu z Kafki - laribynty schodów, rusztować, hal. Tym razem trochę teatr Meyerholda, trochę "Metropolis" Langa.

    Jak niedobrze jest dopisywać, wpisywać, pakować w arcydzieło swoją sztukę. Choćby największą. Tamto przepadnie, to się nie rozwinie. Może Welles w końcu sie zorientował, co się dzieje, bo w finale już zupełnie przestał się z Kafka liczyć. Zmienił i dopisał finał. Przejmująca jest u Kafki śmierć K.: w cichy, spokojny wieczór, gdy ludzie w swoich domach odpoczywali po pracy i nikt o niczym nie wiedział, w podmiejskim kamieniołomie, pod oknami ich siedzib, oprawcy zarżnęli K. Co robi Welles? Wybuch bombo atomowej! Józef K., którego u Wellesa oprawcy nie mieli dlaczegoś tam odwagi zabić i uciekli z kamieniołomu, rzucając w niego ładunkiem wybuchowym, odrzuca ten ładunek. Następuje eksplozja. Film zamyka dobrze znany z ekranów grzyb. Po co?

    Jaka szkoda, że Welles nie był skromniejszy. Znakomicie dobrał aktora, Anthony Perkinsa, podobnego zresztą do Kafki, grającego świetnie. Zwłaszcza gdy Welles dawał mu spokój, zdarzało się wjego filmie cos z "Procesu". Choćby scena u malarza, gdy małe, złośliwe dziewczynki podglądają przez szpary rozmawiających. Te oczy, oczy i śmiech. Chociać i tu Welles niepotrzebnie naciskał pedał.

    A więc nie ma wciąż Kafki na ekranie. Są filmy kafkowskie. Coraz ich więcej: filmy jego epigonów z "nowej powieści". "Milczenie" Bergmana. Rozbierają go na kawałki."

    A. Jackiewicz, Moja filmoteka. Literatura i teatr w filmie, Wyd. Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1989 r., s. 304-306

  • khedes_ona Gdyby żył, może i piałby ze śmiechu. Tak to jest, gdy nie słucha się woli zmarłego, co to zespolił swoje życie z twórczością doszczętnie.

  • elloko90 ocenił(a) ten film na: 9

    khedes_ona Głęboko się nie zgodzę, że Welles nie zrozumiał Kafki, jeśli się posłucha jego opowiadania i tłumaczeń właśnie na temat tej ekranizacji (chyba na Uniwersytecie w Bostonie) od razu dochodzi się do wniosku, że Orson po prostu zrobił ten film zgodnie ze swoim poglądem na świat.

    Zresztą nie bardzo rozumiem utyskiwania na zmiany względem pierwowzoru? Po co robić ekranizację 1:1? To lepiej przeczytać książkę. W takich projektach przede wszystkim mi zależy by ujrzeć pogląd na dane dzieło innej osoby, a zwłaszcza tak inteligentnej i przenikliwej jak był Welles. To wzbogaca odbiorcę, a odegranie solidne ale bez żadnych własnych akcentów jest jałowe.

  • khedes_ona ocenił(a) ten film na: 9

    elloko90 Cytowana opinia nie jest moją, nie zamierzam jej więc bronić. Zarzut, jakoby "Proces" Wellesa nie był "Procesem" Kafki, zdumiewa odkrywczością. :) Przez wypowiedź przebija zresztą jakaś awersja estetyczna; być może autor miał poczucie, że zrobiłby ten film (a raczej Wajda we współpracy z nim) lepiej, pewnie miał już nawet jakąś wizję - przesiąkniętą praskimi impresjami, może czuł się specjalistą od Kafki... gdy tymczasem człowiek-czołg zza oceanu chwycił książkę i zrobił film po swojemu, bardzo inaczej - granda! ;)

    Daleka jestem od przyznawania koneserom, w tym p. Jackiewiczowi, prawa do określania, jaki odbiów utworu jest słuszny.

    Pozdrawiam

  • Troublesome ocenił(a) ten film na: 9

    khedes_ona Myślę, że trafiłaś w sedno. Przed seansem Pan Jackiewicz uzbroił się w notatnik i ołówek - aby wypisać wszystkie wady tego filmu. Sekunda po sekundzie, minuta po minucie - frustracja nabierała coraz większych rozmiarów. Śmiać się tylko można, że takie autorytety są ślepe jak krety.