To nie jest Punisher tylko Pussynier

Mordują mu rodzinę a on zamiast wszystkich ich wybić jak na Punishera przystało zaszywa się w jakieś melinie, popija whisky i obmyśla intrygę rodem z meksykańskiej telenoweli. Tu podrzuci nagrobek na pole golfowe, tam porobi zdjęcia całującym się pedziom, przestawi samochód w niedozwolone miejsce, ukradnie kolczyki i podrzuci je gdzie indziej, poszantażuje przez telefon albo wysypie dolce przez okno. Niech mnie ale figlarz!

Oglądając ten film cały czas nasuwała mi się poniższa scena

https://www.youtube.com/watch?v=6hVPPQBwwG0

Praktycznie prawie wszystkie sceny przemocy wynikają z inicjatywy panów bandytów polujących na Pussyniera a nie odwrotnie. Pussynier jest ścigany, bity, raniony i tylko cudem udaje mu się za każdym razem ocalić dupę. Jest całkowitym przeciwieństwem komiksowego pierwowzoru.

Niestety pipowatość głównego bohatera to tylko jeden z wielu problem filmu. Oto pozostałe

- Zbyt rozwlekłe wprowadzenie do historii. W wersji z 89, wystarczyło 1 minutowe ujęcie z Lundgrenem siedzącym nago w kanałach i pytającym Boga dlaczego wraz z przebitką na wspomnienia. To wszystko. Widz już wiedział co się stało i widział, że głównego bohatera śmierć rodziny wpędziła w ciężką psychozę. Tutaj mamy aż 30 minut słodkiego pierdzenia o rodzinnym szczęsciu a mimio to nagła tragedia w żaden sposób nie robi większego wrażenia niż krótkie wspominki w 2 pozostałych filmach. Co wynika z kolejnych dwóch wad.

- Debilizm żony Franka. Najpierw zamiast siedzieć schowana do końca strzelaniny wyskakuje z dzieciakiem jak klaun z pudełka. A później leci najtańszy hollywoodzki schemat czyli ucieczka przed samochodem po linii prostej. Gdyby to było filmie nie holywodzikim pewnie zeskoczyłaby z tego molo i schowała się pod słupami. W takich sytuacjach niestety widz zaczyna kibicować złoczyńcom myśląc "Boże, zabijcie już tą głupią dziwkę"

- Thomas "Lambert z dyskontu" Jane. Cały film na jednej minie. Czy to ściska się z rodzinką, czy mordują mu rodzinkę, czy ją opłakuje, czy jego mordują czy on kogoś morduje. Non stop ten sam wyraz twarzy, jakby miał paraliż. Weźmy chociażby scenę ataku na wyspie. Jego matka dostaje serie na klatę, pada na ziemię. A ten pie.. manekin stoi z tym tępym wyrazem twarzy i drętwo mówi "mammma? " Albo później w scenie wspominek rodziny, siedzi siedzi zero mimiki i tylko szklankę upuszcza. Po prostu poziom pro.

- Groteskowa niezniszczalność. Facet zostaje ciężko pobity, dostaje kilka kulek w tym jedną w pobliże serca, jeszcze go wysadzają w powietrze a siła wybuchu wyrzuca w morze i ....wykurowuje się w szopie ot tak w parę tygodni. Poźniej wbijają mu nóż po rękojeść w klatkę piersiową i oczywiście nie m żadnego krwotoku wewnętrznego, uszkodzonych organów i tym podobnych. Wystarczy zaszyć naskórek nicią i można iść na miasto.

- Brak policji w mieście. W dwóch pozostałych "Punisherach" wyraźnie jest zaznaczony wątek policji która próbuje przeszkodzić w prywatnej wojence. W tym filmidle policji nie ma. Nic. Zero. Wszyscy wyjechali na festiwal pączków do Wisconsin.

- Tryb życia Franka. W dwóch pozostałych filmach Frank po osobistej tragedii zaszywa się w kanałach i odcina od świata. A tu? A tutaj Frank po wykurowaniu się w szopie po wielokrotnym postrzale wraca do miasta. Wyskakuje przed tłum dziennikarzy i mówi "To ja Frank Castle, żyję i mam się dobrze. Dawajcie mnie na pierwsze strony" Poźniej wynajmuje mieszkanie i integruje się z sąsiadami, pomiędzy wypadami na naleśniki do baru.

- Travolta jako czarny charakter. Travolta się do takich ról NIE NADAJE. To jest dobry wujaszek Johnny którego widz zawsze albo odbiera pozytywnie albo jest zażenowany tym jak beznadziejnie próbuje udawać złego.

- Nic niewnoszące postacie poboczne. Zabierając się za ten film liczyłem na sceny w których Punisher masowo morduje bandziorów. Zamiast tego mogłem zobaczyć jak nerd pyka w gierkę, grubas żre, nerd i grubas organizują obiad, czy nerd i grubas tańczą sobie do "La Donna e Mobile" Pomijając fakt że te postacie i ich sceny nic nie wnosiły do historii to jeszcze psuły klimat. "Punisher" to powinna być mroczna, brutalna opowieść o zemście a nie głupkowata podróba "Przyjaciół" Jeszcze tylko Pauly Shore'a tam brakowało.

- Niedorobiony romans. W każdym amerykańskim schematycznym filmidle bohater oprócz pokonania złych musi jeszcze obronić i zdobyć kobietę. No i tu też mamy typowe zawiązanie hollywodzkiego romansu. On ją broni, ona w podzięce chce mu dać i ... w tym momencie twórcy skonstatowali że to przecież ma być "Punisher" i bohater ma rozpaczać po stracie rodziny a nie wesoło pukać uratowane panny jak to bywa w innych filmach sensacyjnych. Dobrze że się w porę twórcy opamiętali i nie położyli scenariusza już doszczętnie ale taki niedorobiony romans i tak drażni.

Pewnie mógłbym sobie przypomnieć jeszcze więcej wad ale każde wspomnienie tego syfu doprowadza mnie do nerwów.

Podsumowując "Pussynier" to ekranizacja komiksu na poziomie "Fantastycznej czwórki" Klimat trochę inny ale poziom nieudolności ten sam.

33

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: